Kilka słów o uzdrawianiu przez chorobę.

Co mi w duszy gra

Kilka słów o uzdrawianiu przez chorobę. Może brzmi to niewiarygodnie, ale koronawirus mnie nie zaskoczył. Od lat śledzę kwestie ekologiczne i klimatyczne, a od kilkunastu miesięcy ruchy i koniunkcje ciał niebieskich oraz kilku astrologów, którzy zapowiadali, że szykuje się coś epokowego na poziomie globalnym. Jako ludzkość staliśmy się ciężko chorzy. Zatruliśmy i niemal zniszczyliśmy nasz dom. Przyszedł więc czas na radykalną zmianę, na uzdrowienie przez chorobę. Od czasu moich doświadczeń z rakiem wierzę, że choroba jest następstwem długiego procesu zaburzenia równowagi na poziomie ciała, umysłu i duszy. Postrzegam ją jako kryzys będący szansą na zatrzymanie się, przyjrzenie swojemu życiu i relacjom, przewartościowanie i przebudzenie. Dokładnie tak, jak obrazuje to słowo „kryzys” w języku chińskim składające się z dwóch znaków. Znaczenie pierwszego to „niebezpieczeństwo”, „zagrożenie”, drugiego to „okazja”, „możliwość”, „moment przełomu”. To, gdzie znajdziemy się wskutek kryzysu zależy m.in. od zachowania równowagi w podejściu do tej sytuacji. Żeby wyzdrowieć trzeba obydwa elementy zobaczyć, przyjąć i zaakceptować. Jeśli skupimy się tylko na zagrożeniu, górę weźmie irracjonalny lęk, oparty na wytworach umysłu („co będzie jeśli”). Lęk paraliżuje myślenie, osłabia samouzdrawiające mechanizmy ciała i odbiera moc. Ale jeśli skupimy się tylko na możliwościach, ignorując zagrożenie, możemy stać się lekkomyślni, narazić się na niebezpieczeństwo.

Przez pierwsze dni kwarantanny skupiłam się na możliwościach i pozytywnych stronach tej sytuacji, udając sama przed sobą, że się nie boję. Najpierw był etap nadaktywności  potem mądre ciało odezwało się bólem w różnych miejscach, zmęczeniem i sennością. Kiedy jednak zaczęłam codziennie tańczyć, poczułam, że strach jest w moim ciele, a ignorując go, nie dając mu przestrzeni, robię sobie krzywdę. Zrozumiałam, że nadmierna aktywność jest reakcją lękową.

W ostatnich dniach ponownie uczę się dawać sobie prawo do czucia strachu, który (w przeciwieństwie do irracjonalnego lęku) jest dobrą, pierwotna, naturalną reakcja na zagrożenie. Ostrzega przed niebezpieczeństwem, budzi czujność, daje mechanizmy umożliwiające ratunek (uciekaj lub walcz, albo na chwilę zastygnij w bezruchu). Dlatego wczoraj dałam sobie czas i uwagę, aby ten strach zatańczyć i odmrozić to, co zdążyło się nazbierać. Pozwoliłam sobie na fale niekontrolowanego płaczu, po czym przelałam na papier wszystko, co się pojawiło. Dziś rano obudziłam się lekka i spokojna, pełna zapału i energii. A wy jak sobie radzicie? Pozwalacie sobie czuć strach? Wskakujecie w działanie, czy osuwacie się w senność? A może jesteście już w miejscu równowagi? Myślę, że warto się tym dzielić, bo przed nami długa ścieżka nową drogą.