DIAGNOZA

Rak, który uratował mi życie

Carcinoma ductale invasivum mammae G3 cum differentiatione approcrinali pT1cN0(sn) ER+ PR+ HER-2++, amplifikcja genu HER-2 nieobecna, Ki67 ok 70%

Ta seria przedziwnych terminów i oznaczeń to określenie mojej pełnej diagnozy. Tyle różnych elementów współczesna krakowska onkologia zdołała powiedzieć na temat tego, co mnie spotkało. Niektórzy lekarze w czasie konsultacji bardzo starali się wyjaśnić mi, co to oznacza. Czasem nawet ujawniali talenty plastyczne próbując rozrysować to, co właśnie wyprawiają zdrowe i chore komórki w moim ciele oraz jak niekorzystne są ich proporcje na milimetr kwadratowy. Byłam jednak wtedy w takim stanie umysłu, że z ich wypowiedzi zrozumiałam tylko, że sprawa jest poważna, ale szanse na wyleczenie duże i trzeba działać szybko. Dobrym pomysłem jest robienie w czasie takich konsultacji notatek, do których można później wrócić. A najlepiej zabrać osobę towarzysząca, która będzie myśleć na tyle przytomnie, że cokolwiek z tych informacji do niej dotrze.

Na szczęście w czasach Internetu każda pacjentka może sama ten kod rozszyfrować kiedy już nieco ochłonie po pierwszych sensacyjnych wynikach badań. Sęk w tym, że zazwyczaj trzeba tu szybko podejmować decyzje co do leczenia i większość z nas tak naprawdę nie ma zielonego pojęcia z czym ma do czynienia. Poświeciłam temu naprawdę dużo czasu i do dziś nie do końca to wszystko rozumiem. Najbardziej jednak zdumiewające było dla mnie odkrycie, że moja mama chorowała na coś zupełnie innego niż ja. Zresztą lekarzy, mimo że moja mama leczyła się w tym samym miejscu i ja ciągle im o tym wspominałam, nigdy ten fakt szczególnie nie interesował. Wyobrażałam sobie, że przejrzą jej dokumentację i wyciągną z tego dla mnie jakieś wnioski. Nic z tych rzeczy.

Na początek najbardziej przerażającym elementem diagnozy jest stwierdzenie, że nowotwór jest złośliwy, inwazyjny (invasivum), czyli ma predyspozycje do tego, żeby się rozprzestrzeniać, naciekać na sąsiadujące z nim tkanki. To jest diagnoza, której nikt nie chce usłyszeć i tego właśnie boimy się przy wszystkich guzach i torbielach, które pojawiają się w naszym ciele. Pozostałe terminy łacińskie oznaczają rodzaj, umiejscowienie, pochodzenie – lista możliwych wariantów nowotworu jest bardzo długa i już to pokazuje, że pod wspólnym mianownikiem raka piersi mamy do czynienia z bardzo różnymi schorzeniami.

Kiedy już przyjdzie się pogodzić ze świadomością, że to jednak rak, kolejnym elementem jest stopień złośliwości. To chyba najbardziej działa na wyobraźnię, przeraża, a wręcz paraliżuje. Określa się go w skali G od 1 do 3, gdzie G3 jest niedobrą wiadomością. O poziomie złośliwości świadczy też tzw. indeks proliferacyjny Ki67. Określany jest jako procent komórek w próbce, które znajdują się w fazie podziału. To taki marker aktywności nowotworu, im niższy tym lepiej. Mój nowotwór był bardzo złośliwy i bardzo agresywny. Pewnie dlatego tak gwałtownie się pojawił i tak szybko rósł.

Dla powodzenia leczenia najważniejszy jest chyba jednak kolejny element – stopień zaawansowania choroby i obecność lub brak przerzutów, czyli klasyfikacja TNM:

  • Literka p lub c na początku oznacza jaki materiał został przebadany. Klasyfikacja kliniczna c uzyskiwana jest np. z biopsji. Klasyfikacja patologiczna p to badanie tkanek wyciętych w czasie operacji.
  • T oznacza wielkość guza, w raku piersi określaną w skali 1-4. T1 to guz do 2 cm, ale dla bardziej szczegółowego opisu podzielono tę cechę na T1a (do 0,5 cm), T1b (0,5 – 1,0 cm) i T1c (1,0 – 2,0 cm).
  • N jest bardzo ważną informacją o stanie węzłów chłonnych. N0 jest znakomitą wiadomością, bo oznacza, że nie ma przerzutów. N1 to pojedyncze przerzuty, N2 i N3 oznaczają już znacznie większą ich ilość.
  • Cecha M opisuje występowanie przerzutów odległych do innych narządów. Najlepiej oczywiście, żeby jej w ogóle nie było.

Mój guz był wykryty w miarę szybko, a i tak nie był najmniejszy. Klasyfikacja TNM wyglądała jednak obiecująco. Moja mama miała wyniki TNM znacznie gorsze niż ja. To właśnie te czynniki mają największy wpływ na rokowania i mogą szybko ulec zmianie. Dlatego tak bardzo ważne jest szybkie wykrycie choroby i podjęcie leczenia.

Współczesna medycyna ma też możliwość dokonania dalszych klasyfikacji, na podstawie których dobiera się leczenie. Sprawdza się np. czy rak piersi jest hormonozależny. U mnie ER+ i PR+ oznaczały, że na powierzchni komórek nowotworu znajdowały się receptory estrogenowe i progesteronowe, takie jakby odbiorniki, które przechwytują sygnał od hormonów, mogą na niego odpowiadać i dzięki temu się rozmnażać. Muszę to sprawdzić, ale u mojej mamy te wartości były chyba ujemne. Dodatnie za to były wartości tzw. amplifikacji genu HER-2, które u mnie okazały się ujemne, choć badanie trzeba było powtarzać aż trzy razy, bo za każdym razem wyniki były niejednoznaczne. Receptor HER-2 to stosunkowo nowe odkrycie w onkologii. Rak HER-2 dodatni jest szczególnie agresywną odmianą raka piersi. Istnieją skuteczne leki na ten rodzaj nowotworu (np. tzw. Herceptyna), ale ich zażywanie wiąże się z poważnymi uszkodzeniami serca. Dlatego bardzo się bałam wyniku tego badania, a kilkukrotne powtarzanie go na przestrzeni dwóch miesięcy wydawało się nie mieć końca.

Wspominałam już, że zrobiłam sobie też testy genetyczne, które nie wykazały (podobnie zresztą jak u mojej mamy) mutacji genu BRCA1 i BRCA2. Nie są one standardem, nawet jeśli rozpoczęło się już leczenie i trzeba się trochę nagimnastykować, żeby się na nie dostać. Dla pacjentów badania są darmowe, ale trzeba się na nie zakwalifikować (zazwyczaj decyduje tu historia raka w rodzinie). Ze względu na bardzo ograniczone fundusze na takie badania wykonuje się je rzadko. Próbki wysyłane są do Szczecina, skąd po kilku miesiącach wynik przychodzi do pacjenta pocztą.

W mojej diagnozie nie ma też wyniku w skali BI-RADS. Jest to wynik mammografii, której nie powinno się robić młodym kobietom. Wiąże się ono z bardzo dużą dawką promieniowania, a budowa piersi u młodych kobiet jest taka, że to akurat badanie niewiele jest w stanie pokazać. Ja niestety miałam mammografię zrobioną w szpitalu, zupełnie bez sensu i bez żadnego wyniku.

Tak naprawdę nie ma jednej choroby określanej mianem raka piersi. Pod tą nazwą kryje się mnóstwo różnych schorzeń i patologii, które dzisiejsza medycyna potrafi doskonale rozróżniać, klasyfikować i stosownie do tego dobierać leczenie. Najważniejsze, żeby zabrać się za to odpowiednio szybko.