8. SEKRETNE MOCE KOBIECEJ NATURY

Rak, który uratował mi życie

Jeśli wierzyć wizerunkowi współczesnej, nowoczesnej kobiety, stworzonemu przez media i kulturę popularną, żeby mieć własne życie pod kontrolą, ładnie wyglądać, być zdrową i dobrze się czuć do późnych lat, najlepiej i najłatwiej jest łykać hormony. Odpowiedzialne nastolatki i świadome, wyzwolone kobiety nie zachodzą w niechciane ciąże, bo mają pigułki i plasterki. Na trądzik i problemy z cerą, bolesne miesiączki (albo takie w niewłaściwym terminie), na menopauzę, a nawet na różne dolegliwości natury psychicznej… na wszystko mamy dziś odpowiednie leki hormonalne.
Zakrawa na ironię losu, że najpierw przez wiele lat zażywałam pigułki hormonalne, żeby nie zajść w ciążę (lekarze zawsze zapewniali, że jest to całkowicie bezpieczne, a nawet ma wiele pozytywnych skutków), a później kolejne dawki leków hormonalnych, żeby spełnić marzenie o dziecku.
Dość długo starałam się nie przejmować faktem, że ciągle nie udało mi się zostać mamą. Kiedy jednak lata mijały i nic się nie zmieniało, zapadła trudna decyzja o szukaniu fachowej pomocy medycznej. Jej skutki były dla mnie dramatyczne. Straciłam bardzo dużo czasu na zupełnie bezsensowne „leczenie”. Nie jestem nawet w stanie przypomnieć sobie wszystkich badań, którym zostałam poddana, ale żadne z nich nie wykazało absolutnie niczego, co dałoby jakiś punkt zaczepienia i wyjaśniało dlaczego nie zachodzę w ciążę. Jedynym parametrem odbiegającym od norm był dramatycznie niski poziom witaminy D3, czyli dość popularny problem w naszym kraju. Wszyscy lekarze powtarzali, że z badań wynika, że jestem zdrowa, nie ma żadnych medycznych powodów dla których nie zachodzę w ciążę i nie da się tego wyjaśnić, a mimo to bardzo chętnie, przez ponad półtora roku, przepisywali mi różnego rodzaju leki hormonalne, których celu i działania do dziś nie rozumiem. Ufałam, że wiedzą co robią, grzecznie zażywałam pigułki i tabletki oraz aplikowałam sobie zastrzyki. W sumie doliczyłam się dziewięciu różnych leków. Nie przyniosło to żadnych pozytywnych rezultatów, ale bardzo skutecznie zrujnowało moje zdrowie fizyczne i psychiczne. Przytyłam 10 kilogramów, czułam się fatalnie i w ogóle nie mogłam się odnaleźć w moim zmienionym ciele. Migreny, które kiedyś zdarzały mi się od czasu do czasu, teraz dopadały mnie kilka razy w miesiącu, a chroniczna bezsenność sprawiała, że ledwo żyłam i na nic nie miałam siły. W pewnym momencie, kiedy lekarze zaczęli namawiać do in vitro, wszystko we mnie zaprotestowało. Czułam, że nie tędy droga, że to do niczego nie doprowadzi, że to zupełnie nie ma sensu. Odmówiłam więc dalszej współpracy i leczenia. Niecały rok później byłam już samotną kobietą przed rozwodem i pacjentką krakowskiego centrum onkologii. Kiedy opowiadałam lekarzom onkologom o tym doświadczeniu, chwytali się za głowę ze zdumienia, że przy moim wywiadzie i informacjach na temat choroby mojej mamy ktokolwiek na takie leczenie mi pozwolił. Kilkukrotnie usłyszałam komentarz, że antykoncepcja i kuracje hormonalne, którym zostałam poddana na pewno przyczyniły się do rozwoju mojego nowotworu.
Mój rak był tzw. rakiem hormonozależnym ER+ i PR+, co z grubsza oznacza, że na powierzchni guza znajdowały się bardzo aktywne receptory estrogenowe i progesteronowe. W tego typu nowotworach (70% wszystkich przypadków kobiecego raka piersi – bo istnieje też męski) kobiece hormony progesteron i estrogen wpływają na podział komórek nowotworowych i wzrost guza. Uważa się, że nowotwory hormonozależne najlepiej rokują, bo istnieje na nie celowana terapia hormonalna, która hamuje aktywność receptorów ER i PR. Zaproponowano mi więc co najmniej 5-letnią kurację lekiem hormonalnym Tamoxifen, który jest standardowo stosowany przy tego rodzaju nowotworach. W internecie jest sporo informacji o tym, jak bardzo jest skuteczny, jak bardzo ogranicza nawrót choroby w ciągu tych pięciu, czy więcej lat, kiedy się go przyjmuje. Można się spotkać z licznymi głosami i zachętami, żeby przyjmować go jak najdłużej.
Brzmi to wszystko jak cudowne lekarstwo, ale ja starałam się sięgnąć głębiej i dokopałam się do anglojęzycznych informacji, że tego typu leczenie hamuje nawrót tylko u części pacjentek, a u części wcale nie pomaga. U niektórych po zakończeniu kuracji nowotwór wraca, u części rozwijają się inne nowotwory, oporne na jakiekolwiek leczenie. Dotarłam do wyników badań, gdzie wspomina się o zmniejszeniu ryzyka nawrotu u części pacjentek na 5 do 10 lat, ale brakuje badań i informacji co z tymi pacjentkami dzieje się później. Onkologia uważa przecież za sukces pięcioletnią przeżywalność pacjenta. Dalsze losy rzadko są przedmiotem badań. Moim zdaniem pokazuje to pewną statystykę, z której można co najwyżej wywnioskować, że u części pacjentek ten lek jakiś czas działa, a u innych nie. Dodatkowo sporo jest skutków ubocznych (zwłaszcza w kombinacji z chemioterapią i radioterapią) i bardzo obniża się komfort życia (wspominając choćby tylko uderzenia gorąca, tycie po 10-20 kg „z powietrza”, poważne problemy ginekologiczne, łącznie z nowotworami, zaburzenia snu, zaburzenia pokarmowe itd.). Jeśli wierzyć dyskusjom na forach amazonek, są pacjentki, u których to leczenie przebiega w miarę bezobjawowo, ale większość bardzo się na nie uskarża.
Lekarze bardzo mocno namawiali mnie na hormonoterapię, ale wszystko się we mnie przeciwko temu buntowało. Intuicja podpowiadała mi, że nie tędy droga, że Tamoxifen (czy jakikolwiek inny lek działający na mój układ hormonalny) nie tylko mnie nie wyleczy, ale wręcz przeciwnie, dołoży kolejną cegiełkę do tego, żebym nadal była chora. Podjęłam więc decyzję o odmowie tego etapu leczenia.
Poszukiwania odpowiedzi na pytania, które pojawiały mi się w głowie w związku z informacją o hormonozależności mojego nowotworu, skierowały mnie na zupełnie nową ścieżkę, w kierunku medycyny orientalnej. Od bardzo dawna leżała na mojej półce pożyczona kiedyś od koleżanki z pracy książka dr Claudii Welch „Równowaga twoich hormonów. Równowaga twojego życia”. Zaczęłam ją czytać dla zabicia czasu w trakcie chemioterapii, nie podejrzewając, że fundamentalnie zmieni moje spojrzenie na zdrowie fizyczne i psychiczne, a także skieruje moją uwagę ku naukom starożytnej, holistycznej psychologii i medycyny indyjskiej, czyli ajurwedy.
Dla przedstawionej przez dr Welch wizji działania hormonów punktem wyjścia jest dwoista natura świata, przez tysiąclecia badana i opisywana przez tradycyjną wschodnią medycynę (m.in. tradycyjną medycynę chińską i indyjską ajurwedę). Najłatwiej przedstawić ją przy pomocy dość dobrze znanej na zachodzie koncepcji yin i yang, utrzymującej istnienie dwóch fundamentalnych, przeciwstawnych, ale też wzajemnie uzupełniających się sił, elementów, zasad natury. Yin jest energią żeńską, chłodną, powolną, miękką i spokojną. Odnajdujemy ją w spaniu, masażu, relaksie i medytacji. To energia która karmi, odżywia, wycisza i uspokaja ciało i umysł. Yang z kolei jest energią męską, gorącą, szybką, ruchliwą, agresywną i stymulującą. Ta energia jest obecna gdy uprawiamy sport, prowadzimy negocjacje, jemy ostre potrawy. Energetyzuje, mobilizuje i aktywizuje, ale też redukuje i zużywa zapasy ciała.
Każdy człowiek, dopóki żyje, ma w sobie energię życiową, która zależnie od tradycji filozoficznej czy religijnej bywa różnie rozumiana i nazywana (np. ajurwedyjska prana, chińska qi, grecka pneuma, a w bliższych nam kulturowo tradycjach tchnienie, czy nawet Duch Święty). Energia ta powinna być cały czas w ruchu i swobodnie przez nas przepływać. Dzieje się tak, kiedy yin i yang są w równowadze. Karmimy się jedzeniem, piciem i emocjonalnym komfortem, czyli energią yin, a yang trawi pożyteczne dla nas substancje i usuwa to, co nam szkodzi. Przepływ między odżywieniem, a trawieniem zapewnia równowagę i zdrowie. Kiedy równowaga jest zakłócona, ruch energii się blokuje, w ciele tworzą się zastoje i toksyczne osady, a przejawem takiej sytuacji jest choroba. Zarówno niedobór, jak i nadmiar jest szkodliwy. Tak więc za mało yang powoduje zmęczenie i zły nastrój, za dużo zaś migreny i złość. Niedobór yin objawia się lękami i bezsennością, a nadmiar opuchlizną, otyłością i ospałością. Kiedy sobie przypomnę jak się czułam i jak zachowywało się moje ciało przez ostatnie miesiące przed rozpoczęciem leczenia nie mam żadnych wątpliwości, że moja prana była na wykończeniu.
A co to wszystko ma wspólnego z kobiecymi hormonami? W dużym uproszczeniu hormony można podzielić na dwie podstawowe grupy: hormony płciowe i hormony stresu. Kobiece hormony płciowe (estrogen i progesteron) mają energię yin, zaś hormony stresu (adrenalina i kortyzol) to energia yang. Bardzo mocno upraszczając, hormony płciowe umożliwiają rozmnażanie, a hormony stresu gwarantują nam przetrwanie i przeżycie dzięki reakcji „uciekaj lub walcz” na zagrożenie, lub sytuację, która jako zagrożenie jest przez nas postrzegana. Adrenalina umożliwia szybką i krótkotrwałą reakcję na stres, a jej poziom szybko opada. Poziom kortyzolu podnosi się razem z adrenaliną, ale utrzymuje się w ciele znacznie dłużej. Im częstsze dawki adrenaliny, tym więcej kortyzolu wydziela się za każdym razem. Gdy stres stale gości w naszym życiu, kortyzol jest stale obecny w naszym krwiobiegu. Może być on aktywowany przez stres fizyczny lub emocjonalny, realny lub tylko jako taki postrzegany (np. zagrożenie życia, przepracowanie, infekcje, ostre diety i głodówki, ekstremalne rozrywki, nadmiar ćwiczeń fizycznych, duże obciążenie umysłowe, ale też dzwonek telefonu i dźwięk nowego maila w skrzynce). Im więcej stresu, tym więcej kortyzolu. Im więcej mamy kortyzolu we krwi, tym bardziej stajemy się wrażliwi na stresujące sytuacje, tym bardziej obniża się nasz próg odporności na stres i… tym bardziej wszystkim się stresujemy. Wpadamy w błędne koło, aż w pewnym momencie potrzebujemy tyle hormonów stresu, że nasz organizm nie jest w stanie zaspokoić zapotrzebowania na nie. Aby móc się rozmnażać najpierw musimy przeżyć, dlatego brakujące hormony stresu kompensowane są hormonami płciowymi, a nasze ciało potrafi zamienić progesteron na kortyzol, jeśli tego drugiego mu brakuje. Przy dłuższym funkcjonowaniu w ten sposób, albo po szczególnie traumatycznym wydarzeniu, wyczerpują się nadnercza, a poziom kortyzolu dramatycznie opada. Przy okazji uszkadza się płodność, kości, skóra, mięśnie i mózg, przyśpiesza starzenie i słabnie układ odpornościowy. Objawia się to jako zmęczenie, ospałość i nawracające infekcje. A od słabego układu odpornościowego i nawracających infekcji do nowotworów droga już całkiem bliska. Myślę też, że w stresie i mechanizmie kompensowania hormonów stresu hormonami płciowymi można szukać klucza do coraz większej skali niepłodności. Stąd tak liczne historie par, które po latach starań i bezowocnego leczenia doczekały się dziecka, kiedy już zupełnie sobie odpuściły, albo kobiet, które latami, mimo leczenia, nie doczekały się dziecka, ale bardzo szybko zachodziły w ciążę w nowych związkach.
Świadomość tych mechanizmów doprowadziła mnie do wniosku, że stosowanie syntetycznych hormonów tak naprawdę dolewa tylko oliwy do ognia i na dłuższą metę dodatkowo rozregulowuje naturalne procesy. Myślę, że rozwiązaniem nie jest zażywanie leków, lecz przywrócenie równowagi naszych hormonów i naszego życia, przede wszystkim poprzez eliminowanie z niego stresu. A my kobiety mamy w sobie potężne narzędzie, które nam to umożliwia, a z którego kobiety wychowane w zachodniej cywilizacji zupełnie nie potrafią korzystać – cykl menstruacyjny. Nauczyłyśmy się myśleć o zachodzących w nas co miesiąc procesach jak o jakimś uciążliwym wybryku natury, który najlepiej byłoby wyeliminować przy pomocy pigułek hormonalnych, bo cierpimy na okrutne wahania nastrojów i niedogodności określane jako PMS oraz niepojęte dla każdego mężczyzny skurcze i bóle w czasie miesiączki. Chcemy to kontrolować, zmieniać i eliminować, ignorując tysiące lat ewolucji i mądrość natury. Po prostu nikt nas nie uczy jak to działa i o co w tym chodzi.
Kiedy zgłębiałam metody pracy z ciałem pod kątem przepracowania zablokowanych w nim traum natknęłam się na warsztaty i webinary prowadzone przez Natalię Miłuńską, która przełamuje tematy tabu i uczy kobiety o mądrości zapisanej w ich ciałach oraz mocy drzemiącej w kobiecym cyklu. Dzięki Natalii nauczyłam się, że otrzymałyśmy od natury niezwykły dar bardzo szybkiego przepracowywania i transformowania naszej rzeczywistości. Kultura zachodu dąży do ciągłego wzrostu, napięcia i efektywności, w stałej gotowości do działania, bez odpoczynku. Gdyby porównać to do księżyca jesteśmy stale w pełni, bez nowiu i bez ciemnej strony. Kobiecy cykl natomiast przeprowadza nas regularnie przez wzrost, pełnię i przemijanie. Co miesiąc doświadczamy małej śmierci i ponownych narodzin. Nasz wewnętrzny rytm co miesiąc umożliwia przepracowanie tego co nam nie służy i zrobienie miejsca na nowe. Wystarczy uważnie się temu mechanizmowi przyjrzeć, zrozumieć go i wykorzystać do jak najlepszego przeżycia i transformowania wszystkiego, co nas spotyka. Każdy cykl świadomie przeżyty zgodnie z wewnętrznym, naturalnym rytmem pozwala najlepiej zarządzić dostępną nam energią, daje niezwykłą moc i siłę. Oto cały sekret:
1 faza cyklu (przedowulacyjna) – jaja dojrzewają; czas otwarcia się na to co nowe i nieznane; ciekawość i badanie nowych przestrzeni oraz nowych terytoriów.
2 faza (koło 10-12 dnia) – jedno z jaj zostaje wybrane i wybucha energia; mamy obniżoną wrażliwość na bodźce (np. hałas i światło), możemy bardzo dużo znieść; to jest najlepszy czas na zakupy, imprezy, pracę, wyjazdy.
3 faza (owulacja) – dojrzewa jedno konkretne jajo i ono w nas wybucha; to jest czas naszej ekspansji, gdy mamy mnóstwo energii na pracę i spotkania; to też nasza najbardziej twórcza faza, moment na ujawnianie swoich pomysłów i bycie w centrum uwagi.
4 faza (po owulacji) – rośnie w nas ciemność, zwiększają się odczucia i potrzeba zwolnienia tempa oraz odpoczynku; wtedy wychodzi na wierzch wszystko, czego nie załatwiłyśmy, co było do tej pory zamiatane pod dywan; łatwo tracimy cierpliwość, a wszystko, co nas boli zaczyna się ujawniać i nawarstwiać; to dobry czas na masaż i na zwierzenia; PMS to przejaw wychodzących na wierzch uczuć, które zawsze mają głęboki sens, choć czasem nieświadomy. Jeśli nie potraktuje się ich poważnie, pojawiają się huśtawki emocji i wściekłość
5 faza (miesiączka) – uwolnienie oczyszczającej krwi; moment na skierowanie się do środka; czas na odpoczynek, masaż, leżakowanie, termofor, troskę o siebie i wyrażanie miłości do siebie; świadome przeżywanie tego czasu pozwala dostrzec przemijanie tego co stare i zużyte, pożegnać się z tym, co nam nie służy; to najpotężniejsze narzędzie kobiecej transformacji, czas żeby coś skończyć, puścić; jeśli damy sobie odpowiedni czas na odpoczynek w 3 dniu rzeka przemijania zamienia się w rzekę pomysłów i przypływ energii
To jak działa cykl jest najlepszym wskaźnikiem zdrowia, stanu fizycznego i emocjonalnego kobiety. Jeśli płynie swoim naturalnym tempem i żyjemy z nim a nie wbrew niemu, całe nasze życie zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Oczywiście przy „nowoczesnym” stylu życia nie jest łatwo temu rytmowi się poddać, ale zawsze można próbować robić to na tyle, na ile to możliwe. Zanim poznałam prawdziwą moc kobiecego cyklu, co miesiąc „umierałam” z bólu i padałam ofiarą szalejącego PMSu. Od kiedy rozumiem ten mechanizm i staram się świadomie go wykorzystać, zupełnie inaczej radzę sobie ze stresem i przepracowywaniem trudnych dla mnie sytuacji. Na własnej skórze odczułam, że mądrość natury nie ma sobie równych.