6. MASKI I ZBROJE

Rak, który uratował mi życie

„Traw emocje jak jedzenie. Pogrzebane, zaprzeczone, nieprzetworzone emocje stają się mentalną amą (toksycznym osadem), w ten sam sposób, w jaki niestrawione jedzenie staje się fizyczną amą.”
dr Claudia Welch (doktor medycyny orientalnej i ajurwedyjskiej, autorka książki „Równowaga twoich hormonów, równowaga twojego życia”)
Żyjemy w kulturze, w której brakuje bezpiecznej przestrzeni dla swobodnego wyrażania “negatywnych” emocji. Wszechobecna propaganda sukcesu narzuca nam model pięknych, wydajnych i skutecznych ludzi, odnoszących sukcesy i z uśmiechem na twarzy realizujących się we wszystkich przypisanych nam społecznych i życiowych rolach. Złość, smutek, frustracja, gniew i strach nie są mile widziane w przestrzeni publicznej. Staramy się więc eliminować je z naszego życia, a w najlepszym przypadku przeżywać je tak, aby nikt tego nie widział.
Tak naprawdę nie ma dobrych i złych, pozytywnych i negatywnych emocji. To, co czujemy zawsze jest w porządku, bo jest nasze i dużo nam o nas samych mówi. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że to właśnie te emocje, które postrzegamy jako negatywne, są wyrazem naszych mechanizmów obronnych, dają znać, że coś jest nie tak, że w naszym życiu dzieje się źle, że przekraczane są nasze granice. Nie mamy świadomości, że takie emocje są naszym bezpiecznikiem i jeśli nie zrobimy z nich właściwego użytku, mogą okrutnie obrócić się przeciwko nam samym. Aby nie pokazać, co naprawdę czujemy, nie dać upustu naszym lękom, złości lub smutkowi, spinamy się, zaciskamy zęby i pięści, napinamy mięśnie. Nakładamy maskę, obudowujemy się twardą zbroją i nie zdajemy sobie sprawy z tego, że takie napięcia w naszym ciele utrzymują się latami. Powoli dzień po dniu odkładają się w naszym ciele jak toksyny i wysysają z nas całą życiową energię.
To właśnie tłumione emocje często dają o sobie znać w postaci objawów psychosomatycznych, bóli i dolegliwości niewiadomego pochodzenia, których żaden lekarz nie jest w stanie wyjaśnić, ani żaden lek ukoić. Ciało szybko i skutecznie daje znać, że dzieje się z coś niedobrego, ale nie umiemy słuchać jego podpowiedzi. Ale jeśli jest tego za dużo, nasze ciało znajdzie sposób, żeby wreszcie dobitnie dać nam do zrozumienia, że już więcej nie zniesie. Najlepszą metodą jest choroba, najlepiej taka, która uniemożliwi zajmowanie się czymkolwiek innym niż sobą samym.
Kiedy zaczęłam pracę w dużej, prężnie rozwijającej się firmie, bardzo szybko zrozumiałam, że moja emocjonalność jest jednym z największych wyzwań, z jakimi muszę się tam zmierzyć. Dość spontaniczne wyrażanie wszystkich emocji, zarówno pozytywnych jak i negatywnych, nie bardzo pasowało do korporacyjnej kultury pracy. Kiedy zostałam managerem i zaczęłam zarządzać kilkunastoosobowym zespołem, targające mną emocje stały się realnym problemem. Ponieważ nie znałam wówczas sposobów na to, żeby skutecznie sobie z nimi radzić, próbowałam zachowywać się „profesjonalnie” i nauczyć się ich nie okazywać. Z perspektywy czasu widzę, że z upływem lat blokowanie i tłumienie negatywnych emocji mocno weszło mi w krew. Na dłuższą metę kiepsko wpłynęło to na moje relacje zawodowe i osobiste, a przede wszystkim miało fatalne skutki dla mojego zdrowia.
Czas przed i po śmierci mojej mamy był takim momentem, kiedy zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak się czuję, kiedy byłam najdalej od własnych, autentycznych uczuć i emocji. Dziś rozumiem, że tak dalece próbowałam zaprzeczyć temu co się z nią wtedy działo i temu, jak bardzo byłam tą sytuacją przerażona, że w ogóle nie dopuszczałam do siebie myśli, że moja mama może umrzeć. Przekonywałam ją i samą siebie, że to tylko chwilowe pogorszenie. Chciałam wierzyć, że jej stan się poprawi, że będzie lepiej. Później, kiedy mama umarła, starałam się żyć, jakby nic się nie zmieniło, rozpaczliwie próbując udowodnić, przede wszystkim samej sobie, że świetnie sobie z tą sytuacją radzę. Nie miałam wówczas przestrzeni na strach i smutek, a później na żałobę. Starałam się być silna dla moich najbliższych i silna w pracy. W mojej firmie trwała reorganizacja, a ja robiłam co mogłam, żeby ogarnąć wszystkie wyzwania mojego zespołu i klientów z dziewięciu krajów, dla których wtedy pracowaliśmy. Poza tym mieliśmy z mężem starannie zaplanowane i w dużej mierze opłacone dwa wyjazdy marzeń (na dodatek głównie moich marzeń), więc jak można było je odwołać. Zresztą, po co odwoływać, skoro to i tak już nic nie zmieni.
Dlatego niedługo po pogrzebie mojej mamy polecieliśmy zgodnie z planem na weekend do Holandii, gdzie ukojenie miał mi przynieść przepiękny ogród wiosenny Keukenhoff. Wydawało mi się, że czuję się dobrze, a życie po prostu toczy się dalej. Niedługo później pojechaliśmy w długą i bardzo intensywną podróż do Włoch. Wenecja, Florencja, Piza, Siena, Rzym, Asyż… Dziś z tej podroży nie pamiętam ani smaku wina o zachodzie słońca, ani toskańskich wzgórz, ani spacerów uliczkami romantycznych miasteczek i dziesiątek zabytków, które oglądaliśmy po drodze. Najbardziej pamiętam, że w drodze na wakacje, kiedy za oknem samochodu przesuwały się krajobrazy Czech, a potem Austrii, próbowałam hamować łzy, które nie wiadomo czemu uparcie cisnęły się do oczu, aż w końcu zaczęłam płakać tak, że przez godzinę nie mogłam się uspokoić. W końcu przestałam i starałam się z powrotem poczuć szczęśliwą turystką na wakacjach. Nie udało się tylko raz, kiedy w Asyżu przy grobie świętego Franciszka, który tak bardzo przypomniał mi o moich rodzinnych stronach, znowu dopadł mnie niekontrolowany, spazmatyczny wybuch płaczu, którego żadnymi siłami nie mogłam pohamować.
Po powrocie z wakacji czas płynął szybko, mijały kolejne miesiące, a ja nie wiadomo kiedy popadłam w stan, który był czymś między wypaleniem zawodowym, a depresją. Szefowa delikatnie sugerowała mi wizytę u psychologa, a mąż odsyłał mnie do psychiatry. Ja oczywiście byłam przekonana, że sobie z tym sama poradzę i potrzebuję tylko dużo odpoczynku i trochę świętego spokoju. Stanęło więc na kilkutygodniowym urlopie na podreperowanie zdrowia i samopoczucia. Wróciłam do pracy wraz z nowym rokiem, który sprawiał wrażenie jednego z lepszych w moim życiu. Wyglądało na to, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. W pracy zrobiło się fajnie, w życiu jakoś spokojniej. Znowu wyjeżdżaliśmy na ciekawe weekendy i wakacje. Moja ogrodnicza pasja się rozkręcała, zaczęły pojawiać się ciekawe oferty współpracy. Tylko te ciągłe migreny, które zwalały mnie z nóg, bezsenność i zupełny brak siły… Kiedy na początku kolejnego roku okazało się, że nasze małżeństwo przestanie istnieć, moje ciało pokazało, że tego już za wiele. Nie miałam już więcej zasobów, żeby poradzić sobie z tą sytuacją tak, jak do tej pory.
W długim procesie leczenia, najpierw z traumy rozstania i rozwodu (a właściwie dwóch), później z traumy mierzenia się z rakiem, ważnym elementem okazała się psychoterapia, która pomogła mi dotrzeć do źródeł moich problemów, postaw, zachowań i reakcji. Gdybym zdecydowała się na nią kilka lat wcześniej, miała świadomość pewnych mechanizmów i prawidłowości, moje życie zapewne potoczyłoby się zupełnie inaczej. To było jednak za mało, żeby wyzdrowieć, bo moje ciało ciągle nosiło w sobie wszystkie zapisane w nim traumy i nieprzepracowane emocje. Tego nie mogła wyleczyć ani psychoterapia, ani proponowane przez szpital standardowe leczenie onkologiczne.
W trakcie moich poszukiwań odkryłam bardzo różne możliwości pracy z ciałem i emocjami np. warsztaty metodą A.Lowena, nurt TRE (Tension Releasing Excercises) czy choreoterapię (ogromną ilość różnych sesji i warsztatów oferuje krakowska Jalla! ). Jeszcze w czasie chemioterapii zdecydowałam się na BBTR (Biodynamic Breath and Trauma Release), który jest świetną metodą zwiększanią świadomości ciała oraz identyfikowania i uwalniania napięć i zapisanych w ciele traum poprzez specjalne metody oddychania. Natomiast kiedy zakończyłam już leczenie w moim życiu pojawiło się 5Rytmów, które są medytacją w tańcu, podróżą przez emocje, sposobem dotarcia do nich, przepracowania i wyrażenia tego, co akurat jest żywe w ciele i umyśle, a także solidną porcją bardzo intensywnego, ale przyjemnego ruchu.
I nie mam wątpliwości, że to dopiero początek tej drogi, bo dużo pracy nad własnymi emocjami i ich wyrażaniem ciągle jeszcze przede mną. Dziś wiem już, że istnieją do tego odpowiednie narzędzia i mam ogromny apetyt na to, żeby z nich korzystać.