5. SAMA, ALE NIE SAMOTNA

Rak, który uratował mi życie

Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami, ale kiedy zaczęłam chorować miałam wrażenie, że u mnie występują raczej w stadach i to dość liczebnych. Miałam w sobie dużo żalu i złości o to, że po dziesięciu latach choroby mamy, kiedy wreszcie wszyscy przeżyliśmy czas żałoby po jej śmierci i zdawało się, że życie wraca na właściwe tory, koszmar raka znowu dotknął naszą rodzinę. Bardziej niż sama choroba ciążyło mi to, że mój tata i mój brat będą musieli przechodzić przez to wszystko jeszcze raz. Nie bałam się tak bardzo o siebie, jak bałam się o nich. Było to dla mnie tym bardziej trudne, że stan zdrowia taty bardzo się pogorszył i w tym samym czasie okazało się, że latem czeka go operacja kręgosłupa. Wiedziałam, że mimo najlepszych chęci nie będzie w stanie mi pomóc. Ani ja jemu.
To był moment, kiedy poczułam się bezradna i bardzo samotna. Byłam przerażona sytuacją, w której się znalazłam. Największym wrogiem były wtedy moje własne myśli. Podpowiadały, że w czasie leczenia nie będę miała co jeść, jak mój stan się pogorszy, albo coś mi się stanie, to nie będzie miał kto zadzwonić po pogotowie, a w końcu umrę w samotności i zje mnie mój własny kot. Zwłaszcza ta ostatnia wizja, zapożyczona z internetowych newsów, bardzo przemawiała do mojej wyobraźni. Wtedy na wysokości zadania stanęli moi przyjaciele, sąsiedzi, szefowe i znajomi z pracy. Nieocenione okazały się też kobiety z mojej rodziny: partnerka mojego taty, moja chrzestna matka i moje kuzynki, później także moja teściowa. Wokół mnie zaczęło gromadzić się mnóstwo cudownych kobiet, których wsparcie i postawa pokazały czym jest kobieca solidarność. Ja sama, będąc wtedy w wielkiej potrzebie kontaktu z ludźmi, zaczęłam trochę inaczej myśleć i otwierać się na relacje z osobami, które gdzieś tam były w moim życiu, ale niezbyt blisko, więcej rozmawiać i spędzać z nimi więcej czasu. Zaczęłam odświeżać stare kontakty, często wychodzić z domu, inwestować czas i uwagę w zaniedbane relacje. Na wiadomość o mojej chorobie odezwało się kilka osób, z którymi dawno nie miałam kontaktu, ale teraz pytały, czy mogą mi jakoś pomóc. Tydzień przed operacją zorganizowałam „dzień sąsiada” w moim ogródku, który okazał się wspaniałą imprezą i pozwolił nam wszystkim lepiej się poznać. Krok po kroku okazywało się jak nieprawdopodobnie dużo osób stoi za mną murem.
Wtedy zdarzył się pierwszy cud. Dzięki sieci kontaktów osoby, która wówczas była tylko daleką znajomą, a dziś po wszystkim, co razem przeżyłyśmy w czasie mojego leczenia, jest moją przyjaciółką i bardzo bliską mi osobą, trafiłam do jednego z najlepszych lekarzy w instytucie. Pan doktor bardzo poważnie potraktował mój przypadek, o miesiąc przyśpieszył operację i osobiście ją przeprowadził. Okazało się też, że jest chirurgiem, który uważa, że efekt estetyczny operacji jest równie istotny dla procesu zdrowienia, jak poprawne jej wykonanie z medycznego punku widzenia. Pomimo najwyższego stopnia złośliwości, trafiłam pod skalpel wystarczająco wcześnie, aby móc przeprowadzić operację oszczędzającą tzw. kwadrantektomię, która polega na wycięciu guza, kilku centymetrów marginesu otaczających go tkanek (w moim przypadku także kawałka mięśnia i powięzi) oraz tzw. węzła wartowniczego.
Węzeł wartowniczy to pierwszy węzeł chłonny, do którego spływa chłonka z okolicy nowotworu. Jego stan jest kluczowy, ponieważ jeśli nie znajdzie się w nim komórek nowotworowych, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że nowotwór nie zaczął się rozprzestrzeniać. Nie wyklucza to w stu procentach przerzutów odległych, ale bardzo zwiększa szanse na wyzdrowienie. Sama identyfikacja tego węzła była dla mnie, jako pacjentki, najciekawszym elementem operacji. Godzinę przed zabiegiem wstrzyknięto mi w okolice guza niebieski barwnik, który jest promieniotwórczym izotopem (bardzo mnie ekscytowało, że mi wstrzykują tajemniczy pierwiastek, którego nazwy nawet nie pamiętam z lekcji chemii). Przy pomocy sondy gamma (która wydaje słyszalne dźwięki, takie jakby pikanie) można ustalić jak ta substancja się rozprzestrzenia i gdzie należy ciąć. Następnie wycinane jest to, co zabarwiło się na niebiesko.
Operacja i pobyt w szpitalu okazały się zaskakująco pozytywnym doświadczeniem. Przede wszystkim cała ekipa pracująca na oddziale chirurgii onkologicznej jest niesamowicie przyjazna, pomocna i wspierająca. Oddział jest doskonale zarządzany i zorganizowany tak, że wszystko tam działa jak w szwajcarskim zegarku, a ilość pacjentów i tempo, w jakim są operowani i wypuszczani do domu przyprawia o zawrót głowy. Mnie przyjęto w poniedziałek, operowano we wtorek, a do domu wyszłam w środę popołudniu. Kobiety w gorszym stanie, po mastektomii wychodziły po 5 dniach od przyjęcia. Na sali panowała bardzo dobra atmosfera. Pacjentki, które były na chodzie pomagały tym, które właśnie wróciły z operacji, te w lepszym stanie pomagały tym w gorszym. Odwiedzały nas panie z klubu amazonek, które dzieliły się swoim doświadczeniem i radziły, co robić dalej i jak ćwiczyć po operacji.
Tylko wieczorem robiło się trochę łyso, bo większość pacjentek nagle zdejmowała do spania peruki. Oznaczało to, że najpierw trzeba było chemioterapią zmniejszyć ich guzy, aby potem móc je operować, albo miały taki rodzaj nowotworu, którego leczenie zaczyna się właśnie od chemii. Nasłuchałam się też wtedy historii o tym, jak długo panie chodziły z „tym czymś”, zanim w ogóle odważyły się pójść do lekarza, ile rzeczy było wtedy dla nich ważniejszych i jak dużo były w stanie znaleźć wymówek, żeby odwlekać ten moment w nieskończoność. Jedna z nich zbierała się trzy lata i kilka razy ze strachu zawracała sprzed drzwi gabinetu. Niektóre doprowadzały się do takiego stanu, że opis wyglądu ich piersi byłby niezłą inspiracją dla charakteryzatorów pracujących przy produkcji niskobudżetowych horrorów. Smutno było tego słuchać i już wtedy pomyślałam, że nic dziwnego, że tyle kobiet umiera na raka piersi, skoro tak to wygląda. Już wtedy zaczęłam się zastanawiać, co można zrobić, żeby to zmienić.
Kiedy wróciłam do domu wszystkie moje lęki i obawy szybko się rozwiały. Czułam się całkiem przyzwoicie, moje przyjaciółki na zmiany przy mnie dyżurowały, sąsiadki dbały o to, żebym miała co jeść, sąsiedzi o zrobienie zakupów i różne inne sprawy, a rodzinka o dostawę świeżych, sezonowych produktów ze wsi. Poczułam wtedy, że jest naprawdę dużo osób którym na mnie zależy. Wsparcie, które wtedy otrzymałam tak bardzo mnie uskrzydliło, że szybko stanęłam na nogi i kiedy dwa tygodnie po operacji mój tata miał w szpitalu swój zabieg, byłam w stanie do niego pojechać, a nawet po szpitalu namówiłam go na spędzenie kilku dni u mnie. To było ciekawe doświadczenie – dwie kaleki po operacjach w jednym domu. Sytuacja była tak surrealistyczna, że w sumie było nam z tym wesoło.
Czułam się wtedy dobrze, ale dziwnie. Byłam zaskoczona, że nic mnie nie boli. Zupełnie jakby tej operacji nie było. Wszystko pięknie się goiło, tylko ręka wydawała się żyć własnym życiem. Chwytałam nią kubek, a on nagle leżał potłuczony na podłodze. Próbowałam podnieść talerz, a on lądował gdzie indziej, niż chciałam. Miałam wrażenie, jakby nie było połączenia między ręką, a mózgiem. Taki stan utrzymywał się przez kilka tygodni. Później wszystko wróciło do normy, ale za to zaczęło trochę boleć. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałam się, że w czasie operacji uszkodzeniu (czy też przecięciu) uległy jakieś nerwy. W miarę jak się goiły, odzyskiwałam sprawność i czucie.
Tak minęło kilka tygodni. Stopniowo dochodziłam do siebie, a liczba osób, które wyrażały swoje wsparcie i chciały mi pomóc stale rosła. W pewnym momencie zrobiło się ich tak dużo, że czasami trudno mi było odebrać wszystkie telefony i odpisać na wszystkie wiadomości, które dostawałam. Trudno mi było ogarnąć kto w czym mi pomaga, co już jest załatwione, a czego jeszcze potrzebuję. Od pisania non stop na telefonie i komputerze zaczęły mnie bardzo boleć ręce. Marzyłam o tym, żeby ktoś to wszystko ogarnął, ale kto niby miałby to zrobić. Jednocześnie wiedziałam, że to dopiero początek, bo czeka mnie wiele miesięcy leczenia. Tak naprawdę najtrudniejsze jego etapy były dopiero przede mną. Miałam świadomość, że będę bardzo potrzebować pomocy i muszę jakoś tym wszystkim zarządzić. Wtedy przyszedł mi do głowy pomysł, który na początku wydawał mi się głupi i kontrowersyjny, ale dziś uważam go za jedną z najlepszych i najbardziej dla mnie pomocnych decyzji, jakie podjęłam w tamtym czasie. Kilka dni przed pierwszą chemioterapią założyłam na Facebooku zamkniętą grupę o nazwie „Moja podróż życia na zwrotnik raka”. Zaprosiłam do niej prawie pięćdziesiąt osób, które wspierały mnie i towarzyszyły mi w tej drodze. Dzięki temu w jednym miejscu pisałam co u mnie słychać, co się aktualnie dzieje i czego potrzebuję. Zaczęłam postem powitalnym i to był początek pisania o moich doświadczeniach:
„Nie planowałam i nie spodziewałam się jej, a jednak przyszło mi w tym roku wyruszyć w daleką i niebezpieczną podróż. Podróż której celem jest moje życie i zdrowie, ale której trasa będzie ekstremalnie trudna i wymagająca. Będzie ciężko i będzie bolało.
Diagnoza brzmi: Carcinoma ductale invasivum mammae G3 con differentiatione appocrinale. Mój rak “rósł w oczach”, jest inwazyjny i bardzo agresywny, ale ciągle mam szanse wyzdrowieć. Dziś wiem tylko, że czeka mnie przynajmniej pół roku leczenia – chemioterapia, radioterapia i hormonoterapia. Dlatego jako datę końcową ustawiam 16 lutego 2019 – moje 37 urodziny, które chciałabym szczęśliwie świętować za 7 miesięcy. Wierzę, że będę wtedy zupełnie gdzie indziej i że ta podróż zakończy się szczęśliwie.
Wiele osób mocno mnie do tej pory wspierało, dawało siłę, pozytywną energię i wiarę, że uda mi się z tą chorobą wygrać. Nie mam słów, żeby powiedzieć jak bardzo jestem wam wdzięczna.
Wiele osób pyta czego mi potrzeba i jak można mi pomóc. Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo sama nie wiem co mnie czeka. Wiem tylko, że będzie cholernie ciężko, wiem że mogę nie być w stanie o tą pomoc prosić wtedy, kiedy będzie najbardziej potrzebna. Wiem, że mogę nie być w stanie zwrócić się do każdego z osobna.
Dlatego postanowiłam stworzyć tą stronę dla wszystkich, którzy mają odwagę wyruszyć w tą podróż razem ze mną. Zaprosiłam cię tutaj bo usłyszałam od ciebie propozycję pomocy. Jeśli nie czujesz się na siłach, albo z jakiegokolwiek powodu nie możesz mi pomóc, nie obiecuj czegoś, czego nie możesz dotrzymać i nie wahaj się odrzucić tego zaproszenia. To perfidna choroba, która niszczy życie całych rodzin, rozwala związki, okalecza ludzi fizycznie i psychicznie. Nikt nie jest gotowy na to, żeby się z tym zmierzyć i od nikogo nie można tego oczekiwać.
Jeśli jednak postanowisz mi w tej drodze towarzyszyć, tutaj będę prosić o pomoc i tutaj będę się z tobą dzielić przeżyciami, doświadczeniami i wiedzą zdobytą w tej podróży. Życzę ci z całego serca, aby te informacje nigdy nie okazały ci się potrzebne.”