12. CZY WIEM, CO JEM?

Rak, który uratował mi życie

– Nie ma żadnej szczególnej diety. Może pani jeść wszystko to samo, co do tej pory. – Chyba żadna inna informacja otrzymana w czasie leczenia nie wprawiła mnie w większe osłupienie niż to zdanie. Podpytywałam lekarzy, podpytywałam pielęgniarki, ale od nikogo nie otrzymałam jakichkolwiek zaleceń żywieniowych. Nikt nie wspominał o produktach, które są szczególnie rakotwórcze i powinnam ich unikać, ani o takich, które wykazują działanie antynowotworowe i mogłyby wesprzeć leczenie. W czasie chemioterapii dostawałam czasem odpowiedzi na konkretne pytania o jedzenie, generalnie odradzano mi jakąkolwiek suplementację, ale nie dowiedziałam się niczego, czego nie wie przeciętna czytelniczka kobiecych poradników. Nikt nie badał jaki jest poziom witamin i mikroelementów w moim ciele, czy nie mam jakichś widocznych niedoborów. Nikogo nie interesowało, czy coś nie jest wyraźnie zaburzone. Wyglądało na to, że w krakowskim oddziale Narodowego Centrum Onkologii temat związku diety z rakiem nie istnieje. Co więcej, na stoliku obok telewizora, który wieczorami namiętnie oglądali pacjenci oddziału chirurgii, leżało pudełko cukru w kostkach. W czasie mojego kilkudniowego pobytu w szpitalu, obserwowałam jak szybko go ubywa.
Jak zapewne większość mieszkańców naszego kraju, wychowałam się na tradycyjnej kuchni polskiej, przekonana, że „surówkę i ziemniaczki można zostawić, byle zjeść mięsko”. Natomiast po kilku latach mieszkania we Włoszech nauczona byłam jeść pysznie i obficie. Cóż mogło być smaczniejszego niż makaron na milion sposobów (najchętniej z aromatycznym, mięsnym sosem alla bolognese), pachnące ziołami steki (koniecznie medium rare), deska serów z winem i cappuccino w jak największym rozmiarze. Mięso dawało siłę, nabiał zdrowie, a ciacho do kawy odrobinę przyjemności. Dbałam, żeby wszystko, co jem, było jak najlepszej jakości i byłam święcie przekonana, że odżywiam się zdrowo i różnorodnie. Sprawdzałam etykiety produktów, unikałam jak ognia najtańszej masówki, miałam swoje sprawdzone marki i producentów. Eksperymentowałam z kuchniami świata i namiętnie piekłam domowe ciasta. W biurze, w którym pracowałam zawsze była jakaś okazja, żeby poczęstować się czymś słodkim – urodziny, rocznice, zakończenie projektu, osiągniecie kolejnego celu. Ciasta, ciastka i ciasteczka… Cukierki, pomadki i czekoladki… Jedliśmy je w pracy niemal codziennie. Do tego obowiązkowe kawki, do których biurowa kafejka serwowała darmowe kruche ciasteczka. Zdarzały się takie dni, gdy wypijałam pięć kubków cappuccino dziennie. Razem z mężem uwielbialiśmy jeść i testować restauracje. Nasze podróże w dużej mierze skupiały się na poszukiwaniu kulinarnych perełek, a weekendy spędzane w Krakowie nierzadko zamieniały się w uczty z pełnym menu. Na deser zawsze musiało się znaleźć miejsce. Delektowaliśmy się stekami, burgerami i tatarem. Przez ostatni rok naszego wspólnego życia, rozsmakowałam się w wołowinie i dziczyźnie. Czasami czytając recenzje świetnych restauracji zauważałam rozczarowane komentarze wegetarian, którzy narzekali na brak odpowiedniej dla nich alternatywy. Podśmiechiwałam się z „oszołomów”, nie będąc w stanie pojąć, jak można nie jeść mięsa i po co odmawiać sobie takiej przyjemności. W mojej diecie było ono obecne niemal codziennie.
Kiedy teraz przypominam sobie ostatni rok przed diagnozą, dociera do mnie, że miałam wtedy taki apetyt na mięso i cukier, że nawet jak na kogoś na „tradycyjnej” diecie nie było to normalne. „Świetnie” się odżywiałam i czułam się coraz gorzej. Jesienią 2017 byłam ospała, zmęczona i miałam nieco nadwagi. Wyglądałam źle i było mi bardzo niewygodnie w moim napuchniętym i nabrzmiałym ciele. Na pewno częściowo odpowiadały za to hormony, które lekarze podawali mi, aby ułatwić zajście w ciążę, ale dziś już wiem, że moja dieta była wtedy wymarzoną pożywką dla raka. Do dziś nie bardzo rozumiem, jak to się stało, ale pod koniec listopada poczułam nagle impuls, żeby przestać jeść mięso. Tak po prostu, z dnia na dzień, bez uprzedzenia, bez jakiegokolwiek wcześniejszego zainteresowania tematem wegetarianizmu. To uczucie było tak silne, krzyczało we mnie tak głośno, że nie mogłam go zignorować. Moje poglądy na temat wegetarian były dość jednoznaczne, więc nie bardzo wiedziałam co z tym zrobić. Przypadek chciał, że trafiłam wtedy na Netflixie na jakiś film o przemyśle mięsnym w Stanach Zjednoczonych. Nie jest to temat, który normalnie by mnie zainteresował, ale wtedy coś sprawiło, że go obejrzałam. Film pełen był obrazów koszmarnych warunków, w jakich hodowane są zwierzęta i informacji o katastrofalnym wpływie produktów zwierzęcych na zdrowie człowieka. Ale mimo całej mojej miłości do zwierząt i zainteresowania zdrowym odżywianiem, nie to najmocniej utkwiło mi w pamięci. Autorzy filmu sugerowali, że wystarczą trzy tygodnie bez jedzenia mięsa, żeby poczuć ogromną różnicę. Zaintrygowało mnie to i pomyślałam, że przez trzy tygodnie mogę spróbować, bo tyle może wytrzymam i chyba się od tego nie pochoruję.
Okazało się to znacznie trudniejsze niż myślałam, bo… zupełnie nie miałam pomysłu co jeść. Sama byłam zaskoczona jak dużą część mojego menu stanowiło mięso. Wydawało mi się, że wystarczy po prostu zastąpić je owocami i warzywami. No i nabiałem – zaczęłam jeść ogromną ilość nabiału. Zawsze uwielbiałam ser żółty. Włoskie, francuskie i holenderskie sery, zwłaszcza w połączeniu z czerwonym winem, to była moja wielka namiętność. Po odstawieniu mięsa, absolutnie oszalałam na ich punkcie: parmezan, grana padano, old amsterdam, gouda, cheddar. Zwłaszcza mięciutki, apetyczny, pomarańczowy cheddar stał się istotnym elementem mojej nowej diety. Jadłam go całymi kostkami. Chyba mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że w pewnym momencie się od niego uzależniłam. Poza tym głównymi składnikami mojej diety były owocowo-warzywne eksperymenty. Zbliżała się zima, a ja żywiłam się głównie smoothies, koktajlami i sałatkami.
Pierwszy tydzień bez mięsa był bardzo trudny, bo non stop byłam głodna. Owoców jadłam sporo, ale nie bardzo potrafiłam poradzić sobie z jedzeniem większej ilości warzyw. Nie umiałam ich przyrządzać i nie smakowały mi. W drugim tygodniu mój brzuch zaczął przypominać ogromny, nadmuchany balon. Wyczytałam, że dzieje się tak wskutek gwałtownego dostarczenia organizmowi większej ilości błonnika pochodzącego z produktów roślinnych. W trzecim tygodniu rzeczywiście coś się zmieniło. Poczułam się lekko i pierwszy raz od dawna całkiem dobrze. Nie chciałam kończyć tego eksperymentu, bo zaczynało mi się podobać to, jak zachowuje się moje ciało. Przyszło jednak Boże Narodzenie, Sylwester i odejście mojego męża. Najpierw było świąteczne obżarstwo, a zaraz potem ze stresu przez kilka tygodni prawie nic nie jadałam. Kiedy się trochę pozbierałam, wróciłam do moich wegetariańskich eksperymentów. Sporadycznie, raz na dwa, trzy tygodnie, zdarzało mi się zjeść mięso. W marcu ważyłam już dziesięć kilo mniej i zewsząd słyszałam komplementy na temat tego, jak świetnie wyglądam. Czułam się bardzo dobrze, ale na wszelki wypadek poprosiłam lekarza o skierowanie na badania, żeby sprawdzić, czy czasem nie mam jakichś niedoborów. Wyniki badań krwi nie wykazały nic niepokojącego. Obniżył się poziom cholesterolu, a poziom żelaza był nawet wyższy niż pół roku wcześniej, kiedy jadłam tak dużo mięsa. W kwietniu okazało się jednak, że w mojej piersi błyskawicznie rośnie guz i nie wygląda to dobrze.
Kiedy znałam już diagnozę, zaczęłam dużo czytać. Potrzebowałam zrozumieć dlaczego jestem chora. W większości książek, artykułów i materiałów, które wpadły w moje ręce jak mantra przewijał się temat jedzenia, zwłaszcza czerwonego mięsa i cukru. Zgłębiając wątek hormonozależności mojego raka, trafiłam jednak na trop, który był dla mnie zupełną nowością – nabiał. Całe życie słyszałam, że mleko jest zdrowe i absolutnie niezbędne dla zębów i kości. Reklamy krzyczały „Pij mleko, będziesz wielki” i kusiły codzienną porcją pływających w nim wesołych płatków. Wraz z gwałtownym wzrostem dobrobytu w Polsce, półki każdego nawet najmniejszego sklepu coraz bardziej uginały się od nieskończonych ilości rodzajów maseł, śmietan, serków i serów, z których wiele stało się synonimem luksusu i dobrego smaku. Gdzieś po drodze okazywało się, że niektórzy reagują uczuleniem i nie tolerują laktozy, ale przemysł mleczarski i na to wymyślił sposób. Tymczasem wertując Internet, znajdowałam kolejne informacje o badaniach sugerujących związek miedzy rakiem i kobiecymi chorobami wynikającymi z zaburzenia poziomu hormonów, a spożywaniem produktów pochodzenia zwierzęcego. Podchodziłam do tych informacji z dystansem, dopóki nie przeczytałam, że szczególnie mocną korelację zaobserwowano między spożywaniem mojego ulubionego cheddara i występowaniem raka piersi.
Po nitce do kłębka trafiłam na książkę T. Colina Campbella „Nowoczesne zasady odżywiania”, która znacząco zmieniła mój sposób myślenia o jedzeniu. Ten amerykański naukowiec, biochemik specjalizujący się we wpływie żywienia na zdrowie człowieka, wychował się na farmie w przekonaniu, że mięso i mleko to podstawy zdrowego odżywiania. Doszedł jednak do wniosku, że coś tu się nie zgadza, kiedy kolejni członkowie jego rodziny chorowali na raka. Kilkadziesiąt lat prowadził badania w różnych zakątkach świata. Najbardziej spektakularnym jest tzw. wielkie badanie chińskie prowadzone w latach 80 XX wieku. Wszystko zaczęło się od choroby nowotworowej premiera Chin. Umierający polityk zainicjował ogólnonarodowe badanie, które doprowadziło do stworzenia atlasu nowotworów, przedstawiającego dokładne dane, gdzie i z jakim nasileniem poszczególne nowotwory występowały. Następnie międzynarodowa grupa naukowców przeanalizowała dietę, styl życia i choroby kilku tysięcy osób z bardzo różnych terenów Państwa Środka. Badania finansowane były m.in. przez amerykański National Cancer Institute, American Institute for Cancer Research, brytyjski Imperial Cancer Research Fund, Uniwersytet Oxfordzki i przed wszystkim chiński rząd. Dokładna metodologia i wyniki badań przedstawione są we wspomnianej wyżej książce. Czytałam ją dość długo, bo zawiera sporo bardzo szczegółowych informacji. Jeśli komuś brakuje czasu na książkę, na Netflixie można zobaczyć film dokumentalny „Forks over knives”, który świetnie wyjaśnia wyniki tych badań i teorie Campbella. Sam Campbell wraz z całą rodziną kilkadziesiąt lat temu całkowicie przestawili się na dietę roślinną, a ich zdrowie i kondycja są najlepszym dowodem na potwierdzenie tych teorii.
W 1998 Colin Campbell za dzieło życia otrzymał nagrodę od American Institute for Cancer Research. Mocno upraszczając, jego wnioski można skwitować stwierdzeniem, że istnieje bezpośredni związek miedzy występowaniem chorób cywilizacyjnych takich jak nowotwory, cukrzyca, choroby układu krążenia, otyłość i Alzheimer, a spożywaniem białek zwierzęcych. Jednym z jego najważniejszych odkryć jest to, że odziaływanie odżywiania na różne nowotwory, jest jednakowe, niezależnie od tego, wskutek jakich czynników oraz w jakich częściach ciała rozwinęła się choroba. Colin Campbell przekonuje, że zmieniając ilość spożywanego białka zwierzęcego można zahamować lub przyspieszyć proces rakowy. Pokazuje, że dietą składającą się wyłącznie z produktów pochodzenia roślinnego można zahamować, a nawet cofnąć postęp chorób serca, powstawanie kamieni nerkowych, umożliwić odstawienie lub redukcję leków przyjmowanych przez cukrzyków i osoby cierpiące na Hashimoto, nie mówiąc już o kwestiach leczenia otyłości. Książka opisuje również badania i świetne wyniki lekarzy, którzy zalecali dietę roślinną swoim pacjentom, a także próby przebicia się z tymi informacjami do polityków oraz opinii publicznej i ich blokowanie przez przedstawicieli wpływowych grup interesów. Gdyby nagle ludzie znacząco ograniczyli spożycie mięsa i mleka, cały przemysł spożywczy i farmaceutyczny czekałaby ogromna rewolucja.
Mnie najbardziej zainteresowały informacje dotyczące raka piersi i badania pokazujące cztery główne czynniki występowania tej choroby: wysoki poziom cholesterolu we krwi, wysokie stężenie żeńskich hormonów, opóźnienie wieku menopauzy i obniżenie wieku pierwszej miesiączki. Badania pokazują, że żyjące na Zachodzie kobiety, znacznie wcześniej dojrzewają i później wchodzą w menopauzę, a w ciągu całego życia mają 2,5-3 razy wyższy stopień ekspozycji na estrogen niż te, które zamieszkują wiejskie tereny Chin. Podwyższony poziom estrogenu i związanych z nim hormonów jest wynikiem typowo zachodniej diety, bogatej w tłuszcz i białko zwierzęce oraz ubogiej w błonnik. Dlatego zaobserwować można powszechność raka piersi w krajach, w których spożywa się dużo mięsa i mleka (np. Holandia, Nowa Zelandia, Stany Zjednoczone) oraz znacznie rzadsze występowanie tej choroby w krajach azjatyckich, gdzie ich spożycie jest mocno ograniczone. Biorąc pod uwagę częste występowanie raka piersi u wielu kobiet w tej samej rodzinie, warta uwagi wydała mi się również obserwacja, że Azjatki nie chorują w krajach, z których pochodzą, ale po emigracji do krajów zachodnich i zmianie diety, one same, a w szczególności ich córki zapadają na te same choroby, co mieszkające tam kobiety. To mógłby być argument za tym, że dziedziczymy nie tylko (lub nie tyle) choroby, ale przede wszystkim styl życia i sposób odżywiania, które mają decydujący wpływ na ich uaktywnienie się. Wygląda więc na to, że czynniki środowiskowe i żywieniowe odgrywają kluczową rolę w uaktywnieniu się raka piersi. Campbell zauważa, że kobietom z wysokim ryzykiem zachorowania na raka piersi (mutacja genu BRCA1 i BRCA2, przypadki zachorowania w rodzinie) daje się dziś w zasadzie trzy możliwości: czekanie, zażywanie tamoxifenu (hormonoterapia) lub profilaktyczna mastektomia. Tymczasem dieta pozbawiona produktów pochodzenia zwierzęcego i rafinowanych węglowodanów, wraz z unikaniem alkoholu i częstymi ćwiczeniami fizycznymi, mogłaby znacząco zmniejszyć ryzyko zachorowania.
Wszyscy słyszeliśmy o tym, jak produkowane jest dziś mięso i mleko, jakie substancje dodaje się do paszy zwierząt hodowlanych, jak faszerowane są antybiotykami i innymi substancjami, które nie pozostają obojętne dla ich i naszego zdrowia. Dopóki tego nie widzimy i sami nie doświadczymy katastrofalnych skutków spożywania takiej żywności, informacje te giną w potoku innych zalewających nas newsów. Za wyeliminowaniem lub znacznym ograniczeniem mleka i mięsa z naszej diety przemawiają również inne fakty. Człowiek jest jedyną istotą na Ziemi, która jako dorosła spożywa mleko i to na dodatek pochodzące od innego gatunku. Kiedy się dobrze zastanowimy, czym w zasadzie jest mleko, trudno nie zauważyć, że służy ono ludzkim i zwierzęcym niemowlętom do szybkiego wzrostu i rozwoju. Warto zadać sobie pytanie jakie substancje i hormony zawiera krowie mleko, że w tak szybkim czasie z małego cielaka wyrasta potężna krowa lub byk. Czy równie chętnie pilibyśmy ludzkie mleko? Jeśli zaś chodzi o mięso, bez którego rzekomo nie można zbudować masy i siły, wystarczy spojrzeć na słonie, czy goryle, którym mimo iż są jaroszami, zdecydowanie nie można zarzucić drobnej budowy ciała. Trudno zaprzeczyć, że człowiek zawsze jadł mięso, ale zastanówmy się w jakich ilościach i w jakich proporcjach. Masowa hodowla zwierząt na mięso i mleko to wynalazek naszych czasów. Jeszcze na początku XX wieku mięso było zbyt drogie i zbyt cenne, żeby spożywać je codziennie, a ludzie prowadzili zupełnie inny tryb życia. Dieta roślinna była normą, a mięso dodatkiem. Warto więc zastanowić się, czy to, co od dziecka wmawiano nam na temat mięsa i mleka jest prawdą, czy po prostu jednym z przekonań, które zawsze można zmienić.
Nie posłuchałam ani lekarzy, ani życzliwych osób, które obawiały się, że na diecie ograniczającej białka zwierzęce będę zbyt słaba, żeby poradzić sobie z chemioterapią i radioterapią. Z góry wykluczyłam wspomaganie się aptecznymi produktami typu Nutridrinki, które bazują na białku mleka i zalecane są dla pacjentów onkologicznych. Fakt, że w czasie chemioterapii moja waga nadal spadała, bo siłą rzeczy jadłam znacznie mniej niż przed leczeniem, ale w końcu zatrzymała się na 47,5kg. Wyglądałam kiepsko, dokładnie tak, jak w mediach przedstawiane są osoby chore na raka – skóra i kości. Przerażało mnie moje własne odbicie w lustrze, z drugiej strony czułam jednak, że moje ciało się oczyszcza i wraca do niego energia. Było lato i wczesna jesień, korzystałam więc z obfitości sezonowych owoców i warzyw. Nie miałam siły gotować ani robić zakupów, jadłam więc to, co dostawałam, głownie na surowo, czasami tylko przeplatając taką dietę ciepłymi posiłkami jedzonymi na mieście, u rodziny lub przyjaciół. Nie zrezygnowałam całkowicie z mięsa, ale jadłam je bez przekonania, głównie po to, żeby nie robić przykrości osobom, które mnie nim częstowały. Po kilku miesiącach dieta bez mięsa i nabiału nie sprawiała mi już problemów, ale zupełnie nie radziłam sobie z uzależnieniem od cukru. Czas pokazał, że miałam jeszcze sporo do nauczenia się jeśli chodzi o dietę roślinną.