11. WŁOSY

Rak, który uratował mi życie

Utrata włosów jest najbardziej widocznym i dla większości kobiet najbardziej traumatycznym skutkiem ubocznym chemioterapii. Podobno to jeden z głównych powodów, dla których kobiety odmawiają poddania się temu leczeniu. Nie zdecydować się na ratujące zdrowie, a czasem życie leczenie ze strachu przed utratą włosów – czyż to nie brzmi absurdalnie? Wydawało mi się, że mam ten temat przemyślany i zaakceptowany, że przy natłoku problemów, którym musiałam stawić czoła, kwestia włosów w ogóle nie jest istotna. A jednak, kiedy myjąc włosy pierwszy raz po chemii poczułam, że zmieniła się ich struktura, że są jakieś takie plastikowe, ogarnęła mnie panika. Starałam się więc powtarzać sobie, że to tylko autosugestia, że nic się nie dzieje. Postanowiłam udawać sama przed sobą, że ten problem mnie nie dotyczy i wmawiać sobie, że będę jednym z tych szczęśliwych przypadków, którym włosy nie wypadną (bo naczytałam i nasłuchałam się o tym, że takie przypadki się zdarzają). Zwłaszcza, że z pierwszej kontroli po chemioterapii wynikało, że wyniki badań są dobre i wszystko idzie zgodnie z planem. Lekka anemia i lekka neutropenia były w tej sytuacji zupełnie zrozumiałe i akceptowalne. Miałam tylko przyjąć do wiadomości, że jestem teraz bardziej narażona na infekcje i zakażenia, unikać chorych osób i dużych skupisk ludzi.
Dwa tygodnie po pierwszym wlewie włosy zaczęły się przerzedzać. Nagle znajdowałam ich więcej w łazience, na podłodze, na poduszce. Powoli docierało do mnie, że to się dzieje naprawdę. Na forach onkologicznych roiło się od informacji, że najlepiej od razu obciąć włosy na krótko i oszczędzić sobie kłopotów, ale dla mnie było to nie do przyjęcia. Miałam wtedy piękne, gęste włosy sięgające połowy pleców, właściwie całe moje życie wyglądające tak samo. Były częścią mojej tożsamości, postrzegałam siebie jako „dziewczynę z długimi włosami”. Krótka fryzura nie mieściła się w mojej głowie. Poszłam więc do fryzjera i poprosiłam o podcięcie, tak do brody i to była najgłupsza rzecz jaką zrobiłam w czasie całego mojego procesu leczenia. Kilka dni później zaczęłam czuć pieczenie na całej głowie i miałam wrażenie, jakby ktoś ciągnął mnie za każdy włos z osobna. Pewnego ranka obudziłam się, podniosłam głowę z poduszki i zobaczyłam, że właściwie tonie ona we włosach. Przez kolejnych kilka dni garści włosów dosłownie odpadały od mojej głowy i było to przerażające doświadczenie. Zaledwie tydzień po wizycie u fryzjera miałam na głowie jakieś smutno zwisające kłaki, przez które prześwitywała naga skóra. Wyglądałam strasznie i nie byłam w stanie patrzeć na swoje odbicie w lustrze, bo widziałam tam kogoś zupełnie obcego.
Na szczęście miałam obok siebie wspierającą i trzeźwo myślącą przyjaciółkę, która zarządziła: golimy. Poszło dość szybko i kiedy spojrzałam w lustro zaniemówiłam. Wyglądałam jak Shinead O’Connor. Intrygująco. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona tym, co zobaczyłam. Właściwie to przez chwile byłam nawet na tyle zachwycona, że umalowałam usta na czerwono i kazałam sobie zrobić zdjęcie. Teraz ja też mogę podpowiedzieć każdej poddającej się chemioterapii pacjentce, że włosy należy jak najszybciej ścinać na krótko i potem ogolić, kiedy tylko zaczynają wypadać. Gdybym nie musiała, w życiu bym ich nie obcięła na krótko. Jednak kiedy zobaczyłam jak wyglądam ogolona na jeżyka, pomyślałam, że kiedy włosy odrosną, będę chciała je zostawić krótkie. Czasami jesteśmy tak bardzo przywiązani do swojego wyglądu, jaki znamy od lat, że nie dociera do nas, że można go zmienić i wyglądać nawet lepiej, albo ciekawiej; że można radykalną zmianą wydobyć inne elementy swojego ja. Rak uczy przekraczać swoje ograniczenia, fizyczne i psychiczne. Uczy widzieć siebie na nowo.
Nie miałam jeszcze peruki, więc zaczęłam zakładać na głowę chustkę i wychodzić w niej z domu. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam to w oczach wszystkich osób które na mnie patrzyły – szok, przerażenie, współczucie, pożałowanie. W autobusie usłyszałam kiedyś „O Boże, taka młoda i taka chora?” Zrozumiałam wtedy jak się czują się ludzie z widoczną niepełnosprawnością i jak bardzo choroba stygmatyzuje. Uświadomiłam sobie jak bardzo jesteśmy nieprzyzwyczajeni do tego, że osoby chore są wśród nas, jakie zakłopotanie to w nas budzi. To był moment, kiedy poczułam się wykluczona, chora i słaba. Nie mogłam powstrzymać się od płaczu i zaczęłam naprawdę się bać. Przypomniała mi się historia biblijnego Samsona, który po obcięciu włosów stracił swoją nadludzką siłę i dość marnie skończył.
Wraz z tymi na głowie wypadła większość włosów na całym ciele. Brwi i rzęsy mocno się przerzedziły, ale na szczęście nie wypadły do końca. Mój wygląd fizyczny stał się… nieokreślony – bez włosów, bez tkanki tłuszczowej, więc z prawie płaską klatką piersiową, nie przypominałam ani kobiety, ani mężczyzny. Zdarzyło mi się raz, kiedy ubrana byłam w krótkie spodenki i czapkę z daszkiem, że ktoś zwrócił się do mnie per „Czy mógłby pan…yyyyy… to znaczy pani…”. Zrodziło to we mnie poczucie, że do licznych strat w moim życiu dochodziła kolejna. Od dawna nie miałam babć, od dwóch lat mamy, nie miałam dzieci, zostałam bez męża, a teraz także bez widocznych atrybutów kobiecości. Zaczęłam zadawać sobie pytanie: Co to właściwie znaczy być kobietą? Czy bez tego wszystkiego ciągle nią byłam? Czy to gdzie się znalazłam i jak wyglądałam mnie określało, definiowało? Czy kobiecość to naprawdę to wszystko, co tak bardzo rzuca się w oczy na zewnątrz? Z drugiej strony, to było dziwne, ale i fascynujące mieć takie niedookreślone ciało i taką gładką skórę – jak nowo narodzone dziecko. Czułam się trochę, jakby w moim życiu nastąpił jakiś reset, jakbym właśnie zaczynała nowe życie, ale zupełnie nie wiedziała kim jestem. Im mniej czułam się kobietą, tym mocniej czułam się… człowiekiem. Po prostu człowiekiem – wyjątkową w skali kosmosu istotą, która myśli, doświadcza i odczuwa ogromny wachlarz emocji, często skrajnych. Im mocniej bolała mnie utrata tego wszystkiego, co zewnętrzne, tym bardziej czułam, że po prostu… jestem, żyję, istnieję, oddycham. Tak, jakbym po raz pierwszy w życiu spotykała się z samą sobą, z tym, kim naprawdę jestem po ściągnięciu wszystkich budowanych przez lata warstw i masek. I było to spotkanie na poziomie, którego wcześniej nie znałam, które z czasem pokazało mi zupełnie nowe ścieżki i świat, o którego istnieniu nie miałam pojęcia.
Tymczasem brak włosów uświadomił mi czym one tak naprawdę są i jak dużo spełniają funkcji. W nocy było mi bardzo zimno w głowę, spałam więc w chusteczce. W dzień z kolei było mi w głowę gorąco. Dotarło do mnie, że włosy to genialne narzędzie regulacji temperatury w naszym ciele. Odkryłam też, że włoski na skórze sprawiają, że więcej się czuje. Są jak miliony małych antenek, które przewodzą i wzmacniają naszą reakcję na dotyk. Najgęstsze włosy na naszym ciele rosną w miejscach, które wymagają szczególnej uwagi, troski i ochrony. Po nitce do kłębka trafiłam też na ciekawy pogląd o tym, że włosy są zewnętrznym przedłużeniem nerwów i powstały z wibrysów (wąsów czuciowych, wyczuwających bodźce dotykowe, które są tak wyraźnie widoczne u kotów). Dało mi do myślenia to, że w toku ewolucji człowiek najwięcej włosów zachował akurat na głowie, czyli w pobliżu mózgu oraz to, że mędrcy, prorocy, duchowi przewodnicy, wiedźmy i czarownice, czy też czarodzieje zazwyczaj przedstawiani byli z długimi włosami. Można spotkać się z teoriami, że długie włosy wzmacniają moce duchowe, są narządem intuicji i jasnowidzenia, poszerzają świadomość, dają połączenie z mocami natury. Długie włosy nosili celtyccy, germańscy i słowiańscy wojownicy. Sikhowie nie ścinają włosów i nie golą brody, co ma wspierać w nich rozwój duchowych mocy. Znana jest też historia Indian, którzy zostali wcieleni do armii amerykańskiej ze względu na wręcz nadnaturalne zdolności śledzenia i tropienia. Kiedy jednak wstąpili do wojska, tracili swoje niezwykłe umiejętności. Poszukiwanie przyczyny doprowadziło do wniosku, że działo się to po obcięciu im włosów i ostatecznie wydano zgodę na to, aby rdzenni Amerykanie zachowywali swoje długie włosy służąc w armii. Czytając te wszystkie historie zaczęłam się więc zastanawiać, czy w historii o Samsonie nie ma czasem ziarna prawdy.
Kiedy już przyzwyczaiłam się do swojego własnego wizerunku, miałam ochotę pokazać całemu światu, jak wyglądam z tą łysą głową. Szybko jednak odkryłam, że dla większości osób pierwsze spotkanie z takim widokiem jest trudne, wręcz przerażające, a nawet bolesne. Kiedy byłam sama w domu przez większość czasu chodziłam z gołą głową. Kiedy ktoś do mnie przychodził, otwierałam drzwi w chustce, informowałam, że nie mam już włosów, ale bez chustki jest mi wygodniej i pytałam czy będzie to ok. Po początkowych oporach, większość bliskich mi osób dość szybko przyzwyczajała się do mojego wyglądu. Tylko jedna osoba, która wtedy była bardzo blisko mnie, nigdy nie odważyła się zobaczyć mnie w tej wersji, a ja uszanowałam jej wolę i wrażliwość. I w końcu jednak zdecydowałam się kupić perukę, żeby móc normalnie, bez wzbudzania sensacji poruszać się po mieście.
Przy rozpoczęciu chemioterapii dostaje się od lekarza skierowanie na perukę i informację, że peruki są dofinansowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Następnie z takim skierowaniem trzeba się pofatygować do NFZ po pieczątkę – bo przecież pacjent i jego bliscy nie mają nic lepszego do roboty niż jeździć po urzędach i stać w kolejce po jedną pieczątkę. Było to jednak niewielką niedogodnością w porównaniu z dalszymi odkryciami. Okazało się, że dofinansowanie jest raczej symboliczne – 250 zł. Perukę syntetyczną można dostać za 400-1000 zł, a cena peruki z włosów naturalnych to już 2-5 tysięcy złotych (nie mówiąc o akcesoriach i kosmetykach potrzebnych do jej pielęgnacji). To ceny przerastające możliwości wielu chorych w naszym kraju. Sytuację trochę ratuje fundacja Rak’n’Roll, ale ze względu na ograniczoną liczbę dawców włosów i długi proces przygotowania peruki, są w stanie przekazać za darmo tylko około 25 sztuk miesięcznie na całą Polskę. Na wszelki wypadek złożyłam wniosek do fundacji, ale okazało się, że na perukę musiałabym czekać 4 miesiące. Przekonana, że do wyboru mam albo wydać majątek na przyzwoitą perukę z włosów naturalnych, albo kupić coś strasznego syntetycznego, wybrałam się na wizytę do kilku specjalistycznych sklepów i bardzo pozytywnie się zdziwiłam. Wybór peruk syntetycznych był ogromy, a ceny wcale nie aż tak przerażające. Przymierzanie ich było całkiem ciekawym doświadczeniem i unikatową okazja zobaczenia się w różnych wersjach włosów. Większość z nich miała formę modnych i nowoczesnych fryzur, w ciekawych, naturalnie wyglądających kolorach. Nie wszystkie nadawały się dla mnie, ale w kilku z nich wyglądałam naprawdę dobrze. Były całkiem przyjemne w dotyku i miały różne fajne systemy umożliwiające idealne dopasowanie do głowy. Zrobiło to na mnie spore wrażenie. Peruka, którą ostatecznie wybrałam, wyglądała tak naturalnie, że wiele razy zdarzyło mi się usłyszeć od osób, które mnie znały, a nie wiedziały, że straciłam włosy „O, zmieniłaś fryzurę. Jaka ładna”.
W wielu źródłach spotkałam się z opinią, że włosy zaczynają odrastać dwa miesiące po zakończeniu chemioterapii i najpierw są tak słabe, że trzeba je raz albo dwa razy obciąć. Moje zaczęły odrastać jakieś półtora miesiąca po ostatniej dawce chemii. Na początku wyglądały jak delikatny puszek. Potem miały formę srebrnych igiełek i bałam się, że będę cała siwa. Z czasem włosy zrobiły się platynowe, a później szare. Im dłuższe się stawały tym bardziej zmieniał się ich kolor. Ponieważ od szesnastego roku życia rozjaśniałam włosy i całe moje dorosłe życie byłam blondynką, nie pamiętałam już jaki właściwie jest mój naturalny kolor. Ten który się pojawił wydał mi się całkiem ciekawy. Stawałam się bardzo ciemną blondynką, może nawet szatynką i prawie w ogóle nie miałam siwych włosów, chociaż przed chorobą było ich całkiem sporo. Włosy odrastały zdrowe, gęste i kręcone. Po raz kolejny nie mogłam uwierzyć w to, co widzę w lustrze. Zupełnie jakby nie były moje. Miałam ochotę je obcinać, bo krótka fryzurka była wygodna, fajnie w niej wyglądałam i zbierałam mnóstwo komplementów, a jednocześnie ciekawa byłam tych loczków, które rosły na mojej głowie i tego, jak będą wyglądać, kiedy będą długie. Bardzo się męczyłam kiedy urosły do kilku centymetrów i zupełnie nie można było ich ujarzmić, ani zrobić z tego jakiejś fryzury w której wyglądałabym w miarę normalnie. Z jednej strony mnie fascynowały, z drugiej zupełnie nie mogłam sobie z nimi poradzić, wywoływały mój wewnętrzny bunt i niezgodę. Był moment, kiedy te nowe, kręcone włosy, o dziwacznej formie i długości były moim największym zmartwieniem i źródłem łez. Wiele osób w szpitalu mówiło mi, że to tymczasowe, że włosy z czasem wrócą do swojego naturalnego wyglądu, więc nie ma co się tak męczyć, lepiej od razu obciąć. Ja jednak pamiętałam o tym, że przez większość życia powtarzałam, że marzę o tym, żeby mieć kręcone, a najlepiej mocno falowane włosy. Dziwne koleje losu sprawiły, że moje marzenie się spełniło.