10. POTĘGA UMYSŁU, POTĘGA TERAŹNIEJSZOŚCI

Rak, który uratował mi życie

Operacja tchnęła we mnie nowe życie. Po wycięciu guza czułam się tak, jakby ktoś wreszcie wyciągnął ze mnie coś, co wcześniej wysysało wszystkie siły. Trzy tygodnie później stałam już całkiem mocno na nogach i pojechałam nawet na kilka dni do pracy. Jednocześnie wiedziałam, że najtrudniejszy etap leczenia dopiero przede mną i muszę zbierać siły na zmierzenie się z chemioterapią. Bałam się. Cholernie się tej chemioterapii bałam i do końca nie byłam pewna, czy powinnam się na to decydować, czy zrezygnować, bo sporo już wtedy wiedziałam o psychologicznych teoriach na temat powstawania raka. Czułam się zdrowa, a wszystko, co czytałam o chemioterapii i jej skutkach ubocznych budziło we mnie przerażenie. Jeden z lekarzy chemioterapeutów dodatkowo mnie nastraszył. Zapytał czy piję i palę, albo biorę narkotyki, a kiedy odpowiedziałam, że mój kontakt z używkami ogranicza się w zasadzie do wina od czasu do czasu na imprezie, odpowiedział „No to pani bardzo ciężko zniesie chemię, bo organizm nie jest przyzwyczajony do radzenia sobie z toksynami. Prawdopodobnie będzie pani bardzo wymiotować.” Sama myśl o tym, co mnie czeka, odbierała mi siły.

 

Nie miałam jednak głowy, żeby za dużo o tym myśleć, bo w tym samym czasie stanęłam przed innymi dylematami. Rozprawa rozwodowa wyznaczona została na kilkanaście dni po ostatniej planowanej chemioterapii i kilka dni przed rozpoczęciem radioterapii. Byłam przekonana, że będę już wtedy w takim stanie, że nie będę mieć siły na nią dotrzeć. Liczyłam więc, że pozew rozwodowy zostanie wycofany przynajmniej do czasu zakończenia leczenia, a rozprawa odbędzie się jak już wszystko się skończy. Miałam nadzieję, że będę mogła po prostu chorować i skupić się na leczeniu, że to wszystko zostanie jakoś tak… jak jest… bez rozwiązań… albo że się samo rozwiąże… jakoś… że się jakiś cud zdarzy… że… sama nie wiem…

Cud się jednak nie zdarzył, a ja zostałam zmuszona do podjęcia decyzji, która przerastała by mnie, gdybym była zdrowa, a w tamtej sytuacji wydawała mi się decyzją niemożliwą do podjęcia. Musiałam nagle zdecydować, gdzie ja w ogóle będę mieszkać. Częścią życia w długim związku jest wspólne budowanie domu, który wydaje się czymś stałym, ostoją, w której można się schronić przed światem, kiedy przychodzi taka potrzeba. Rozstanie, czy rozwód rozwala ten dom na kawałeczki, zarówno na poziomie mentalnym, jak i materialnym, a w praktyce często oznacza po prostu wojnę o zgromadzone zasoby finansowe. Rozwód oznaczał, że mogę stracić dom, właśnie wtedy, kiedy najbardziej potrzebowałam spokojnej przystani. Musiałam szybko wybrać, a wyjścia miałam wówczas dwa: albo sprzedaż mieszkania, spłata kredytu, szukanie na szybko czegoś do wynajęcia i przeprowadzka w trakcie leczenia; albo zatrzymanie mieszkania i przejęcie na siebie całego kredytu, który odpowiada kilkudziesięciu moim pensjom, co w praktyce oznacza dług na całe życie. Mało kto doradzał mi wybór drugiej opcji. Z wielu stron słyszałam, że w mojej sytuacji zrobienie sobie takiego długu będzie gwoździem do trumny i że sobie z tym nie poradzę. Byłam rozdarta między szpitalem, adwokatem i pracą, roztrzęsiona, zmęczona i przerażona. Każda opcja wydawała mi się zła, niemożliwa do przyjęcia. Nie wyobrażałam sobie jak udźwignę leczenie, przeprowadzkę i jednocześnie organizowanie sobie życia na nowo, ale też bałam się, że z powodu choroby znajdę się w sytuacji, w której po prostu nie będę miała za co żyć i za co spłacić tego kredytu. I wtedy nagle dotarło do mnie, że przecież mogę w ogóle nie dożyć takiego momentu, w którym będzie to mieć jakiekolwiek znaczenie. Dlaczego właściwie całą moją uwagę i energię kieruję na to, co będzie za rok, za dwa, za dwadzieścia lat? Zrozumiałam, że źle stawiam sobie pytanie. Nie ma sensu zastanawiać się na co mnie stać i co będzie później, trzeba raczej pomyśleć czego potrzebuję w tej konkretnej chwili, żeby tą sytuację przeżyć.

 

Czułam, że tak naprawdę ratują mnie teraz tylko dwie rzeczy – stały kontakt z naturą oraz życzliwi mi ludzie. To wszystko było na wyciągniecie ręki, dokładnie tam, gdzie się znajdowałam – w postaci mojego ogrodu, cudownych sąsiadów i przyjaciół, którzy mnie otaczali. Trudno było mi wyobrazić sobie, że gdzieś się przeprowadzę i w momencie, w którym jestem najsłabsza, najbardziej bezbronna, trafię w zupełnie dla mnie nowe i obce środowisko. Moi sąsiedzi byli już wówczas dla mnie bardzo ważni. Czułam się częścią małej społeczności, czułam ich ogromne wsparcie i gotowość pomocy. Niektóre sąsiedzkie kontakty już dawno przerodziły się w przyjaźnie i stały się ważną częścią mojego życia.

Ogród budowałam przez sześć lat, z wielkim wysiłkiem czasu, finansów i pracy. Był moją ucieczką, jedynym miejscem, gdzie potrafiłam się wyciszyć i zatrzymać gonitwę myśli. Codziennie uczył mnie uważności i cieszenia się chwilą. Inspirował do zatrzymania się w codziennym biegu. Patrzyłam na ten mały kawałek ziemi, który zaczął już żyć własnym życiem, rośliny, które pięknie się rozrosły, owady, które znalazły tam swoje miejsce i ptaki, które od czasu do czasu przysiadały na drzewkach zasadzonych kilka miesięcy wcześniej. I serce mi pękało na myśl, że miałabym to komuś oddać. To było dla mnie cholernie ważne, trzymało mnie przy życiu. Postanowiłam, że nie wiem jak, ale będę walczyć o to, żeby móc tam zostać i uratować to, co stworzyłam. Zagrałam więc va banque i podjęłam decyzję o wzięciu na siebie całego ciężaru kredytu. Na powracające pytanie z czego ja to spłacę, chyba po raz pierwszy w moim życiu odpowiedziałam sobie: pomyślę o tym później. Z perspektywy czasu widzę, jak od momentu, kiedy dokładnie określiłam sobie, co jest dla mnie wartością i podjęłam decyzję czego nie odpuszczę i o co będę walczyć niezależnie od wszystkiego, cały świat zaczął mi pomagać. Choć to zupełnie niewiarygodne, na skutek szczęśliwego zbiegu bardzo wielu okoliczności w ciągu kolejnych kilku miesięcy (m.in. zmiany polisy ubezpieczeniowej w mojej firmie, co poskutkowało korzystnym dla mnie sprzężeniem zapisów u starego i nowego ubezpieczyciela; przejęcia mojego banku przez inny, z czego niespodziewanie wynikła poprawa warunków spłaty kredytu i rezygnacja przez bank z kilku niekorzystnych dla mnie punktów aneksu), ale też dzięki mojej wytrwałości, uporowi i odwadze, wszystko nagle poskładało się tak, że przejęłam kredyt, który jestem w stanie udźwignąć. To doświadczenie nauczyło mnie, że jeśli wiem czego chcę i jestem wierna swoim wartościom, jakiś sposób zawsze się znajdzie, a pomoc przyjdzie z zupełnie nieoczekiwanej strony. Ogarnęło mnie dziwne uczucie, że świat mnie wspiera i liczy się tylko to, co ma dla mnie znaczenie właśnie tu i teraz.

 

Pochłonięta rozwodową zawieruchą nie miałam już siły, żeby zastanawiać się, czy leczenie które jest mi proponowane, będzie dla mnie dobre czy wręcz przeciwnie. Nie miałam żadnych planów i żadnych oczekiwań. Byłam tak wyczerpana, że postanowiłam po prostu zaakceptować aktualny stan rzeczy i weszłam w jakiś taki tryb „go with the flow”. Z perspektywy czasu myślę sobie że chemioterapia nie była aż taka zła, jak ją malują, jak pokazują ją media. Da się ją przeżyć, szybko się zapomina. Właściwie, gdyby nie to, że na mojej tajnej grupie wsparcia opisywałam wszystko na bieżąco, nie pamiętałabym dziś większości objawów i skutków ubocznych. Tak, to prawda, że chemioterapia jest bardzo trudnym, wyczerpującym i wyniszczającym leczeniem, ale bardzo wiele zależy od podejścia. Nie wiedziałam, co mnie czeka, więc wyobraźnia podpowiadała najczarniejsze scenariusze. Podobnie jak wiele osób wyobrażałam sobie, jak potworną demolkę uczyni w moim organizmie, jak będę dniami i nocami zwijać się z bólu na podłodze i wymiotować. Trochę się uspokoiłam kiedy przed pierwszym podaniem chemii pielęgniarka opowiedziała mi, że niektórzy ludzie wymiotują jeszcze przed wlewem, co pokazuje jak wielką rolę odgrywa tutaj strach i stres. Podobne wnioski wyciągnęłam po przeczytaniu ulotki leków przeciwwymiotnych, z której wywnioskowałam, że działają głównie na układ nerwowy. Starałam się być odważna i myśleć pozytywnie, ale strach był bardzo silny. Najbardziej bałam się tego, że będę wtedy sama. Tak się na szczęście nie stało. Przy każdym wlewie towarzyszyła mi jedna z moich przyjaciółek, podobnie zresztą, jak w nocy po chemioterapii. Dziewczyny dyżurowały przy mnie, a ja dzięki temu czułam się bezpieczna.

 

Najgorsza była pierwsza dawka chemioterapii, właśnie dlatego, że była wielką niewiadomą. Mój umęczony umysł tworzył dramatyczne scenariusze. Byłam tak bardzo zestresowana, że nie wiem, jak bym to przeżyła, gdyby nie towarzysząca mi przyjaciółka, która jest fizjoterapeutką i przez cały czas rzeczowo wszystko mi tłumaczyła. Pamiętam też, że zrobiła mi wtedy jakiś delikatny masaż, chyba głowy, żebym trochę się rozluźniła. Z samego wlewu pamiętam, że na początek dostałam sól fizjologiczną na przepłukanie żył, coś jeszcze, potem czerwoną chemię, a na końcu białą. Pielęgniarka uprzedziła mnie, że po białej poczuję się tak, jakbym się topiła. I rzeczywiście, bardzo szybko odczułam coś podobnego do zaciągnięcia się wodą przez nos. Po pierwszej chemii efekt podtopienia czułam jeszcze po powrocie do domu, po kolejnych utrzymywał się znacznie krócej. Wlew dostałam późnym popołudniem i ku mojemu zdziwieniu, przez cały wieczór oprócz zmęczenia (chyba głównie ze stresu) właściwie nic nie czułam. Byłam za to potwornie głodna. Kiedy wróciłyśmy do domu, dołączyły do nas jeszcze dwie moje przyjaciółki i zrobiłyśmy sobie wielką patelnię makaronu z sosem pomidorowym, czosnkiem, cebulą i cukinią, który był wówczas jednym z moich ukochanych dań. Ze smakiem zjadłam wtedy ogromną porcję, ale dziś mam z nim takie skojarzenia, że właściwie robi mi się niedobrze na jego widok.

 

Czułam się całkiem nieźle, tylko trochę niepokoiło mnie zachowanie mojej kotki, która reagowała jakby się mnie bała i nie pozwoliła mi się ani dotknąć, ani nawet podejść na odległość kilku metrów. Pierwsze atrakcje pojawiły się w nocy. Nie mogłam spać i kiedy tylko usiłowałam podnieść głowę łapały mnie ostre mdłości. Objawy przypominały mieszankę ostrego kaca, ostrej migreny i czkawki na dokładkę, ale trzy różne leki przeciwwymiotne, które zażyłam zgodnie ze wskazaniami lekarzy działały bez zarzutu. Pierwszy z nich zażywa się godzinę przed wlewem, pierwszego dnia i drugiego dnia po chemii. Drugi przez kilka dni po chemii, trzeci w razie potrzeby. Ten trzeci zażyłam tylko po pierwszym wlewie, przy kolejnych postanowiłam go nie brać. Pierwszego ranka po chemii było całkiem nieźle dopóki leżałam. Kiedy wstawałam, dopadały mnie mocne mdłości. Mimo to okazało się, że jestem w stanie coś zjeść. Bez problemu wypiłam porcję wody z cytryną, a później koktajl z mleka kokosowego, białka sojowego, mielonego lnu i mieszanki superfoods (białko z konopii, spirulina, zielony mix – suszony jęczmień, jarmuż, natka pietruszki). Ten koktajl był moim najczęstszym daniem podczas wszystkich wlewów chemioterapii. Zawsze mi smakował i zawsze dobre go tolerowałam. Popołudniu udało mi się zjeść miód, mieszankę różnych orzechów (które też stały się stałym elementem mojego menu po wlewach) i… polane masłem pierogi z wiśniami, które przyniosła mi sąsiadka. Próbowałam też ugotować (bo wiedziałam, że surowych nie mogę) i zjeść maliny, które przyniosła druga sąsiadka, ale kiedy tylko wzięłam je do ust poczułam, jakby mnie poparzyły. Równie ciekawe była doświadczenie z pieczonym bananem, który śmierdział mi… oscypkiem. Cały czas piłam bardzo dużo wody, samej albo z imbirem, żeby jak najszybciej wypłukać chemię z organizmu. A kiedy towarzyszące mi dziewczyny robiły sobie kawę, odkryłam przy okazji że jej zapach zmniejsza mdłości.

 

Drugiego dnia po chemioterapii zaczęło się dziać. Zmniejszyły się nudności, ale zastąpił je ból żołądka, gardła i żył. Pojawił się metaliczny posmak w ustach i uczucie, że coś się po mnie rozchodzi. Czułam się w miarę dobrze, a ponieważ prawie w ogóle nie mogłam spać, zrobiłam sobie rano obchód ogródka. Dosłownie piętnaście minut, bo bardzo, ale to bardzo chciałam choć na chwilę wyjść z domu. Co prawda lekarz uprzedzał mnie, że przy panujących wtedy upałach nie powinnam w ogóle wychodzić, ale wydawało mi się, że słońce jest jeszcze słabe. Godzinę później skóra na rękach i dekolcie zrobiła się czerwona i piekąca, zupełnie jak po zbyt długim opalaniu i przez kilka dni miałam z nią trochę kłopotów.

Dalej eksperymentowałam z jedzeniem. Okazało się, że bardzo mi smakuje chleb żytni na zakwasie polany olejem konopnym, ale oliwa z oliwek mnie parzy. Bez problemu zjadłam dużą porcję płatków owsianych i jaglanych z orzechami, migdałami i mlekiem owsianym. Naszła mnie ochota na gotowane ziemniaki z masłem i solą, a później nawet na gotowaną fasolę (poprzestałam na 10 ziarenkach). Bardzo starałam się jeść, bo moja waga spadła już wtedy poniżej 50 kg, co było dla mnie taką jakby psychologiczna barierą. Co prawda dostałam w prezencie sporo buteleczek nutridrinków, ale wypiłam tylko jeden i to nawet nie do końca, bo nie byłam w stanie tego przełknąć. Całą kolekcję nutridrinków jakiś czas później oddałam za darmo za pośrednictwem OLXa. Już wtedy było dla mnie jasne, że choćby nie wiem co, chcę jeść tylko to, co w miarę naturalne i z ograniczoną ilością białek zwierzęcych. Myślałam sobie wtedy jak to fajnie jest po prostu mieć apetyt i móc jeść.

 

Trzeciego dnia zrobiło się ciężko. Zaczęła mnie boleć wątroba i zagojona już rana po operacji, a blizna zmieniła kolor na ciemniejszy. Czułam spory ciężar na klatce piersiowej, trochę jakby leżały na niej kamienie. Najgorszy był ból żył. Człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego ile ich ma… Miałam wrażenie, że czuję każdą jedną, każda z nich wyłazi teraz na wierzch i boli. Nadal mało co spałam i byłam potwornie zmęczona. Powtarzałam sobie, że to kiedyś minie i na siłę starałam się jeść. W trzecim dniu dołączyłam do diety surowego banana, mrożonego ananasa, komosę ryżową, zakwas buraczany, orzeszki ziemne bez soli i… plasterek wiejskiego boczku, który ktoś mi przywiózł. Od czwartego dnia jadłam jajka oraz surowe i suszone owoce. W kolejnych dniach apetyt zaczął wracać, ale moją dietą kierowały coraz bardziej egzotyczne zachcianki i połączenia. Miałam ochotę na chłodnik z buraczków z orzeszkami ziemnymi i dziki apetyt na chipsy i bitą śmietanę jednocześnie (na szczęście ani jednego, ani drugiego nie miałam w domu). Przy kolejnych wlewach chemii jadłam więcej i jeszcze bardziej różnorodnie. Już w pierwszym dniu udawało mi się wypić domowy rosół na wiejskiej kurze, a od drugiego dnia jadłam jajka na miękko. Mogłabym właściwie napisać całą książkę o ty, co wówczas jadłam, bo moja dieta nigdy wcześniej nie była tak ciekawa i zróżnicowana. Kilka dni po wlewie mogłam już jeść wszystko, a ponieważ było piękne lato i wszyscy dookoła wręcz zasypywali mnie świeżymi owocami i warzywami, jadłam je dosłownie kilogramami.

W trzecim dniu po chemioterapii moja kotka nagle zmieniła swoje zachowanie o 180 stopni. Zazwyczaj dość nieufna i niezależna, raczej unikająca głaskania i bliższych kontaktów, zaczęła zachowywać się jak wierny pies. Nie odstępowała mnie na krok, ciągle ocierała się o mnie i przytulała. Kiedy spałam, albo po prostu leżałam, kładła się na moim brzuchu lub na klatce piersiowej. Zupełnie jakby czuła gdzie boli najbardziej i starała się jakoś mi pomóc. Cały czas była blisko i to w jakiś sposób dawało mi wsparcie. Zwłaszcza wtedy, kiedy ogarniała mnie złość, że w chwili tak ciężkiej próby nie ma już przy mnie kogoś, z kim gotowa byłam dzielić całe swoje życie. Złościłam się na to, że zostałam porzucona i zostawiona bez pomocy, ale chyba jeszcze więcej złości czułam sama do siebie, że tak bardzo się pomyliłam, że dokonałam kiedyś tak złego wyboru. Zalewał mnie smutek i żal, że im bardziej potrzebowałam wsparcia, tym bardziej nie było się do kogo się przytulić. Trzymałam się jednak jakoś, a moje odczucia były przytępione mocnymi antydepresantami, które zażywałam od kilku miesięcy, od czasu kiedy moja psychoterapeutka zaczęła przypuszczać, że mogę zechcieć pożegnać się z tym życiem i wysłała mnie na konsultacje do psychiatry. Psychiatra stwierdził, że nie widzi u mnie oznak depresji, ale sytuacja jest trudna do udźwignięcia, więc wspomaganie farmakologiczne jest więcej niż wskazane. Zresztą lekarz z instytutu onkologii również gorąco mnie do leków antydepresyjnych namawiał. W końcu miało to być takie leczenie, które nie każdy wytrzyma.

Kiedy dzień trzeci wreszcie się skończył, ogarnęło mnie przeświadczenie, że wszystko na tym świecie można przeżyć. Patrzyłam na przyklejoną na kuchennym okapie karteczkę z napisem „To minie”, która uświadamiała mi, że nic nie jest wieczne, że moje życie nie zawsze będzie tak wyglądać, a ten koszmar kiedyś się skończy. Chwilami ogarniało mnie wrażenie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę, że ja tylko gram rolę w filmie. Wydawało mi się nawet, że czuję milczącą obecność wielkiego reżysera, choć miałam wrażenie, że to jednak ode mnie zależy jaki wybiorę scenariusz. Poczucie nierealności całej tej sytuacji było bardzo silne. Z jednej strony ciało cierpiało i umysł buntował się przeciwko sytuacji, w której się znalazłam, ale gdzieś bardzo głęboko w środku czułam wielki spokój połączony z przekonaniem, że to wszystko dobrze się skończy.

Kotka miała jednak nosa. Robiło się trudno – zaczynało naprawdę boleć. To było w jakiś sposób fascynujące, że w każdym kolejnym dniu pojawiała się nowa dolegliwość, inna niż poprzednie i w innym miejscu. Przechodziłam solidną lekcję anatomii, starannie analizując umiejscowienie bólu w różnych zakamarkach mojego ciała. Dzień czwarty upływał pod znakiem potwornego wiercenia w kręgosłupie. Miałam wrażenie jakby ktoś wkładał mi do niego od dołu cieniutki pręcik i powoli, z premedytacją nim obracał. Zastanawiałam się czy to od chemii, czy od coraz większej ilości godzin spędzanych w pozycji horyzontalnej. Mierzyłam się z bólem fizycznym i z uciążliwymi myślami o rozlewającej się po moim ciele truciźnie, która dewastuje wszystko, co tylko spotka na swojej drodze. Mój umysł był nimi przesiąknięty, co tylko potęgowało strach i pogarszało samopoczucie.

Wtedy wydarzyło się coś, co dość mocno wpłynęło na całe moje podejście do dalszego leczenia. Moja przyjaciółka, która mieszkała w RPA skontaktowała mnie z kobietą, która miała taką samą diagnozę i była już po leczeniu, które dla mnie zaplanowano. Udzieliła mi mnóstwa cennych rad na temat terapii, odżywiania i radzenia sobie ze skutkami ubocznymi. Opowiedziała też o swojej znajomej, której ze względu na zbyt zaawansowany stan odmówiono chemioterapii i która zanim odeszła, nauczyła ją być wdzięczną za to leczenie. Napisała mi wtedy „Zawsze kiedy będzie ci naprawdę trudno, pamiętaj, że chociaż jest ciężko, to jest to dar życia”. Wtedy po raz pierwszy zaczęłam wyobrażać sobie krążącą po moim ciele substancję jako odżywczy, uleczający eliksir. Trochę nieświadomie, ale konsekwentnie zaczęłam stosować wizualizacje.